fbpx

Czy warto kurczowo trzymać się celu?

by Dorota Zalepa
43 komentarze

Tak, jestem typem osoby, która jak coś postanowi, to choćby waliło się i paliło, stara się to osiągnąć. Może nie za wszelką cenę, są jednak w moim życiu nienaruszalne priorytety, ale jestem w stanie poświęcić dużo, by osiągnąć zamierzony cel. Jako były sportowiec jestem przyzwyczajona do poświęceń. Gdy moja rodzina wyjeżdżała na słoneczne wakacje na Rodos, Wyspy Kanaryjskie, czy do Egiptu, ja grzecznie pociłam się na sali treningowej. Ale coś za coś. Osiągnięcie jednego celu często wiązało się z rezygnacją z drugiego. Nie da się ciągnąć kilku srok za ogon. Czasem trzeba zrezygnować z jednej drogi, na rzecz drugiej.

 

Co jednak, gdy już poświęciliśmy wiele, a do celu nadal się nie zbliżamy? Kiedy jest moment, by odpuścić, „powiedzieć sobie dość”, przyznać się do porażki?

 

Ujmę to tak, nigdy nie rezygnuję, dopóki widzę cień szansy, choćby maleńki, na osiągnięcie celu. Czasem jestem tak uparta, że trudno mi przetłumaczyć, że lepiej byłoby zająć się czymś innym. Myślicie, że nie znalazły się osoby, które sport wybijały mi z głowy, mówiąc, bym znalazła prawdziwą pracą? Myślicie, że nie ma w moim otoczeniu osób, które mówią, że własna działalność, a już na pewno blogowanie, nie są poważnym zajęciem? Owszem są!

 

Po zakończeniu kariery sportowej, zaczęłam swoją przygodę z „prawdziwą” pracą na etacie. Po trzech latach nieudanych prób i totalnego znużenia, założyłam własną działalność. Wymyśliłam sobie sklep internetowy z odzieżą damską. Taką naprawdę fajną, dobrej jakości, sprowadzaną głównie z krajów skandynawskich, ale też z Niemiec i Włoch. Biznes nie wypalił. Kolejne trzy lata! Bardzo ciężko było mi pogodzić się z porażką, nie przywykłam do nich w sporcie, ale w końcu trzeba było coś postanowić. Zmieniłam zupełnie branżę i z ubrań przerzuciłam się na komputery, w międzyczasie powstał też blog. Nie uważam tych lat za zmarnowane. Zdobyłam nową wiedzę, która, jeśli nie teraz, przyda się w przyszłości. Porażki uczą znacznie więcej niż sukcesy. Z każdej porażki możemy wyciągnąć dla siebie pozytywną lekcję na przyszłość.

 

Rezygnacja z celu jest bardzo indywidualną sprawą, ale są pewne sygnały, które komunikują nam, że warto odpuścić.

 

Jednym z nich jest zahamowanie rozwoju. Dopóki się rozwijamy, warto realizować swój cel. Jeśli czujemy, że doszliśmy do ściany, tak jak ja w przypadku sklepu z odzieżą, czujemy, że więcej nie jesteśmy w stanie dokonać, nie mamy środków i motywacji do kolejnych działań, wtedy warto swój cel zmienić, a nawet zupełnie z niego zrezygnować.

 

Drugim sygnałem, że czas odpuścić są ofiary. Jeśli dążenie do celu pociąga za sobą ofiary w postaci pogorszenia stanu zdrowia, zaniedbywania rodziny i siebie, pracoholizmu, braku równowagi pomiędzy pracą, życiem prywatnym i odpoczynkiem, to znak, że idziemy nie w tym kierunku co trzeba i możemy znacznie więcej stracić, niż zyskać.

 

Jest takie powiedzenie, że tylko wytrwali osiągają swój cel, co jest zrozumiałe, bo jeśli zrezygnujemy za wcześnie to nie dajemy sobie szansy by ten cel osiągnąć. W jaki sposób ja rozpoznaję, czy cel, który sobie wyznaczyłam, jest dla mnie dobry?

 

Przede wszystkim wsłuchuję się w siebie i swoje przeczucia. Wszystkie odpowiedzi są w nas i jeśli damy dojść do głosu naszemu wewnętrznemu ja, będziemy doskonale wiedzieli, czy idziemy w dobrym kierunku. Rozpisuję sobie w głowie, lub na kartce plusy i minusy wyznaczonego celu. Pytam siebie, co ja z tego mam? Czy jego osiągnięcie spowoduje, że będę szczęśliwa, czy to jest naprawdę to, czego pragnę? Czasem nie warto dokonywać wielkich rewolucji w życiu, a jedynie cierpliwie czekać na to, co przynosi życie. Bo w życiu pojawia się wiele okazji, które możemy wykorzystać, ale też nie musimy. Obserwuję także jakie owoce wydaje dany plon. Jeśli pozytywne, dalej realizuję swój cel, jeśli negatywne, rezygnuję.

 

Wychodzenie ze strefy komfortu, choćby odrobinę, zawsze przynosi ogromny skok do przodu. Nie lubię tego określenia, bo zwrot ten jest nacechowany negatywnie. Skoro istnieje strefa komfortu, to po co ją opuszczać? Zamiast wychodzić ze strefy komfortu, wolę pokonywać bariery, które sama tworzę w swojej głowie.

spotkanie-blogerek

Miałam ostatnio przyjemność przemawiać na spotkaniu dla blogerek w Olsztynie. Gdy znajoma poprosiła mnie, bym przygotowała prezentację, początkowo pomyślałam, że zupełnie się do tego nie nadaję. Mam w sobie tyle blokad przed publicznym przemawianiem, nie mam wprawy, i zapewne wypadnę bardzo słabo. Wewnętrznie czułam, że muszę to zrobić. To moja szansa na przełamanie bariery, którą w sobie stworzyłam. Wszystko poszło jak z płatka, a na koniec czułam, że osiągnęłam coś bardzo ważnego. Pokonałam ograniczenia, które w rzeczywistości w ogóle nie istniały.

 

Kiedyś obawiałam się zmarnowanych szans. Myślałam, że mam tylko jedną jedyną szansę, by czegoś dokonać, coś przeżyć.

 

Tak było w przypadku rezygnacji z wyjazdów zagranicznych w trakcie studiów na rzecz sportu. Miałam obawy, że sport, choćby ze względu na kontuzję, może się nieoczekiwanie skończyć, a ja już nigdy nie będę miała okazji by wyjechać na przykład do USA. Bałam się podjąć złą decyzję. Z perspektywy czasu, wiem, że każda decyzja jest dobra, o ile podejmujemy ją świadomie i zgodnie z naszymi przekonaniami i wartościami. Każda decyzja, w której kierujemy się dobrem i miłością do drugiego człowieka jest dobra. Nawet jeśli wydaje nam się, że w danym momencie tracimy, to w dłuższej perspektywie, zawsze zyskujemy. Niepodejmowanie decyzji to też jest decyzja, warto o tym pamiętać. Według mnie nie ma zmarnowanych szans, codziennie przychodzą nowe. Czy warto zatem kurczowo trzymać się celu? Warto, dopóki czujemy, że jest nam z nim po drodze. Warto też nie obawiać się go puścić, by zrobić miejsce nowemu.

 

 

Kameralny Newsletter rusza już wkrótce, zapisz się i zyskaj dostęp do unikatowych treści i poradników. :)

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)