fbpx

Jak unikać porażek zakupowych?

by Dorota Zalepa
28 komentarzy

Kiedyś zupełnie nie zwracałam uwagi na skład materiału, z którego uszyte są ubrania. Co prawda starałam się kupować rzeczy marek, które miały dobrą renomę, a ich produkty służyły mi przez długie lata, ale tak naprawdę nie wiedziałam co wpływało na ich trwałość. Nie miałam pojęcia, które sukienki były uszyte z poliestru, a akryl wydawał mi się ok. Liczył się przede wszystkim wygląd.

 

Większa świadomość zakupów przyszła w momencie buntu na wszechobecną sztuczność, zarówno w produktach żywnościowych, kosmetykach jak i ubraniach. Zaczęłam sprawdzać metki w poszukiwaniu naturalnych tkanin, przywiązywać większą wagę do szycia, przestałam godzić się na płacenie niemałych pieniędzy za kiepskiej jakości odzież, tylko dlatego, że jest sygnowana znanym logo.

Mimo to, kiedyś tych porażek zakupowych było zdecydowanie mniej. Mam wrażenie, że szybko zmieniające się trendy, rosnące zapotrzebowanie na modę, spowodowało przerost formy nad treścią. Producenci zaczęli przykładać mniejszą wagę do jakości swoich produktów. Zatrudniają mniej wykwalifikowanych pracowników, korzystają z gorszej jakość materiałów, wszystko po to, by obniżyć koszty produkcji. Kiedyś spodnie Wranglera były nie do zdarcia, trudno było je znosić. Teraz jedna para jeansów wystarcza w najlepszym razie na kilka sezonów. Podobnie jest z Zarą. Pamiętam, gdy po raz pierwszy odkryłam ten sklep kilkanaście lat temu w Hiszpanii. Wtedy jeszcze Zary nie było w Polsce. Byłam nią oczarowana. Moje pierwsze zagraniczne zakupy w Zarze przetrwałyby do dziś, gdyby nie fakt, że od tamtego czasu zmieniłam rozmiar. Podobał mi się zwyczaj tworzenia długich nogawek spodni, z szerokimi mankietami, które można było idealnie dopasować do wzrostu. Teraz już tego nie ma. Oszczędność materiału? Obecnie Zara ma coraz gorszą renomę u osób ceniących ideę slow fashion, które przeciwstawiają się szybkiej modzie.

 

Czasy się jednak zmieniają i zmienia się również świadomość konsumentów. Coraz częściej zaczynamy zastanawiać się nad tym co jemy, czym pielęgnujemy nasze ciała i z jakich materiałów uszyte są nasze ubrania. Idea slow fashion towarzyszy mi od dłuższego czasu, dzięki niej w końcu w mojej szafie zaczęła panować harmonia, a ubrania służą mi znacznie dłużej niż kilka lat temu. Oczywiście wciąż zdarzają się potknięcia, czasem coś, co w sklepie wygląda super, w domu już tak nie zachwyca. Poza tym doskonale wiemy, że bawełna bawełnie nie równa i pomimo świetnego składu na metce, ubranie po pierwszym praniu nadaje się do kosza. Jak więc unikać porażek zakupowych? Zdradzę Wam kilka moich sprawdzonych sposobów.

 

 

Motyw zakupu

 

Przede wszystkim dla mnie istotny jest motyw zakupu. Dzisiaj mając dostęp do Internetu z każdego urządzenia, w prawie każdym miejscu na świecie,  jesteśmy łatwym łupem dla speców od marketingu. Jeżeli widzimy, że co druga blogerka na Instagramie pokazuje się z torebką marki X, potrzeba zakupu zaczyna pojawiać się najpierw w naszej podświadomości, by potem kierować naszymi wyborami podczas zakupów. Zaczynamy marzyć o tej samej torebce, pomimo tego, że wcześniej nigdy byśmy na nią nie zwróciły uwagi.

Sama łapię się na tym, że coś co z początku nawet mi się nie podobało, po przeskrolowaniu tysięcy zdjęć z tym produktem w różnych stylizacjach, zaczynam patrzeć na daną rzecz zupełnie inaczej. Pamiętam jak na początku sezonu wiosna/lato 2015 zarzekałam się, że nie będę nosić torby z frędzlami w stylu boho. Teraz po tym jak frędzle pojawiają się dosłownie wszędzie już taka radykalna nie jestem. To zupełnie normalne, że ulegamy mechanizmom marketingowym, ale niezwykle ważne jest żebyśmy byli tego świadomi. Dlatego zawsze pytam siebie o motyw zakupu. Czy gdyby wspomniana już torebka w stylu boho, nie pojawiła się u znajomych blogerek, to czy nadal byłabym nią zainteresowana? I drugie pytanie – czy gdybym nie pokazywała moich wyborów zakupowych na blogu, czy Instagramie, też zdecydowałabym się na jej zakup? Jeśli odpowiedź brzmi tak, z czystym sumieniem kupuję.

 

Staram się trzymać swojej kolorystyki

 

Moje najczęstsze porażki zakupowe, wynikały z nietrzymania się swojej kolorystyki. Na przykład kupiłam sukienkę w kolorze, do którego nie miałam ani butów, ani torebki. Musiałam je dokupić. Sukienkę i tak założyłam raz, na wesele. Dlatego teraz zanim kupię coś w mocnym kolorze, innym niż czerń, biel, szary czy beżowy, zastanawiam się dwa razy. Warto zwrócić uwagę na to, w jakich kolorach wyglądamy korzystnie. 12 stopniowa analiza kolorystyczna może okazać się pomocna, chociaż czasem ciężko jednoznacznie określić jakim typem urody jesteśmy. Warto pamiętać, że istnieją różne odcienie każdego koloru, mogą występować zarówno w ciepłej i zimnej tonacji. Dlatego nie dajmy sobie wmówić, że na przykład niebieski jest nie dla nas, bo wszystko zależy od jego tonacji.

Ja stosuję metodę empiryczną, czyli przykładam do twarzy różne kolory i sprawdzam, czy moja cera się rozświetla, a kolor oczu nie blednie. Dodatkowo warto spojrzeć na odcień swojej skóry, czy jest ciepły, czy zimny, spojrzeć w jakiej biżuterii czujemy się lepiej – srebrnej czy złotej. Kiedyś nosiłam jedynie srebro, do momentu gdy zrozumiałam, że przy moim złotawym odcieniu skóry, złoto prezentuje się korzystniej. Obecnie staram się trzymać stonowanej kolorystycznie garderoby, z niewielkimi mocniejszymi akcentami. W mojej szafie dominują beże, szarości, biel i czerń (choć raczej nie przy twarzy, pamiętajmy, że czerń podkreśla cienie pod oczami i ogólnie dodaje lat).

 

nieudane-zakupy

Mam przy sobie listę rzeczy na dany sezon

 

To nie znaczy, że kupuję wszystko to, co zanduje się na liście.  Na przykład od kilku już sezonów widnieje na niej klasyczny trencz w kolorze piaskowym. Nie udało mi się dotąd znaleźć takiego, który spełniałby wszystkie moje wymagania. Nie kupuję nic na siłę. Poczekam, aż trafię na wymarzony model, na który będzie mnie stać. Lista jest dla mnie wybawieniem przed impulsywnymi zakupami. Zazwyczaj w sklepie nie pamiętamy dokładnie o jakie elementy warto byłoby uzupełnić naszą garderobę i kupujemy to, co akurat wpadło nam w oko. Tym sposobem nie przybliżamy się do stworzenia garderoby, w której wszystkie elementy są spójne i pasują do siebie nawzajem. To nie znaczy, że nie możemy pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa i wprowadzenia do naszych szaf czegoś zgoła odmiennego, jakiegoś trendu, który w danym sezonie przypadł nam do gustu. Z listą jest jednak łatwiej mieć nad wszystkim kontrolę. Mam ją zapisaną w telefonie, w aplikacji Google Keep. Regularnie ją edytuję uzupełniając, bądź wykreślając niektóre punkty.

 

Trzymam się sprawdzonych marek

 

Dobrym sposobem na unikanie porażek zakupowych jest trzymanie się marek, które są przez nas sprawdzone. Pamiętajmy jednak, że w ramach każdej marki są bardziej lub mniej udane linie, warto więc stosować zasadę ograniczonego zaufania i zawsze sprawdzać skład materiału na metce. Wspominałam Wam już o markach, które lubię, od tego czasu trochę się zmieniło, ale nadal zaglądam do Tatuum, Solar, Simple, Massimo Dutti, Esprit, od lat kupuję jeansy Wranglera, a na torebki poluję w TK Maxxie.

 

Sprawdzam jakość

 

Oprócz składu materiału, sprawdzam dokładnie, czy ubranie jest uszyte z dbałością o detale. Czy szwy są równe, brzegi niepostrzępione, materiał nie jest zmechacony już na wieszaku, ubranie mocno się nie gniecie, jest równo skrojone, dobrze układa się na ciele i nie ma defektów. Niby są to oczywiste rzeczy, ale ileż razy w gorączce zakupów, czy pod wpływem zmęczenia, tracimy ochotę na sprawdzanie takich szczegółów! Po przyjściu do domu okazuje się, że odzież posiada wady fabryczne. Nieprzyjemna sytuacja, której możemy uniknąć, jeśli dokładnie obejrzymy ubrania w sklepie.

 

Sprawdzam rozmiary sąsiadujące

 

Rozmiar rozmiarowi nierówny i gdy w jednym sklepie rozmiar 38 idealnie na mnie pasuje, w drugim będzie za mały. Warto mierzyć rozmiary sąsiadujące. Skandynawskie marki mają zazwyczaj powiększoną rozmiarówkę, względem polskich producentów. Włoskie oznaczenia na metkach są zupełnie mylące, bo okazuje się, że moim rozmiarem nie jest jest 38, a 42. Jestem wysoka, mam 179 cm wzrostu, a przy tym jestem dość szczupłej budowy, dlatego niełatwo jest mi dobrać ubrania, które mają talię w miejscu mojej talii, albo odpowiednio długie rękawy, czy nogawki spodni. Czasem bluzka w rozmiarze 38 jest idealnie dopasowana do mojej figury, podczas gdy rękawy są za krótkie. Kiedyś wzięłabym rozmiar większą, by dopasować rękawy, kosztem dopasowania w talii, biuście i ramionach. Dziś nie godzę się na kompromisy. Jeśli ubranie dobrze nie leży, nie kupuję.

 

Unikam impulsywnych zakupów i uważam na wyprzedaże

 

Zakupy pod wpływem impulsu to najczęstsza przyczyna przepełnionych i niezorganizowych szaf. Najbardziej zgubne są wyprzedaże. Wydaje nam się, że kupujemy coś okazyjnie, a tak naprawdę do naszej szafy trafia kolejna niepotrzebna para spodni. Wyprzedaże mają wtedy sens, gdy kupujemy dokładnie to, czego potrzebujemy, by uzupełnić naszą garderobę. Warto sięgać po przecenioną odzież, która nie jest charakterystyczna dla danego sezonu, więc przyda się także w następnym. Koszule nosimy przecież zarówno zimą jak i latem, podobnie spodnie jeansowe, t-shirty, czy różnego rodzaju dodatki. Podczas wyprzedaży zawsze posiłkuję się listą, dlatego nie grozi mi kupienie czegoś co powiększy kolekcję rzeczy nieużywanych. Pamiętajcie, że nie zawsze musicie wyjść ze sklepu z czymś nowym. Wielokrotnie wychodzę z zakupów z niczym. Nie biorę czegoś co ostatecznie może być, nigdy nie jestem zadowolona z takiego zakupu po powrocie do domu. Cierpliwie czekam, aż znajdę coś spełniającego moje wymagania.

 

Zakupy to nie inwestycja

 

Przyjęło się mówić, że inwestujemy w dobrej jakości ubrania i dodatki. Warto pamiętać jednak, że zakupy nie są inwestycją. To są realnie wydane przez nas pieniądze. Owszem jestem zdania, że warto wydać więcej na pewne elementy odzieży, jak wełniany płaszcz, skórzaną ramoneskę, torbę, czy garnitur, bo mogą posłużyć nam przez wiele lat, ale nadal jest to wydatek, który warto dobrze przemyśleć. Kupuję mniej i wybieram mądrze, by cieszyć się wszystkimi elementami w mojej szafie. Nie wkładam do niej eksponatów zbierających kurz, licząc na to, że przetrwają pokolenia.

 

 

Nie da się do końca uniknąć porażek zakupowych, nie zawsze uda nam się przewidzieć jak ubranie będzie zachowywało się podczas noszenia, jak będzie wyglądało po praniu, nawet jeśli szczególnie o nie dbamy. Podczas zakupów staram się wybierać elementy, które pasują do przynajmniej trzech gór, lub analogicznie do trzech dołów, by mieć pewność, że będę miała z czym je zestawić. Zdarzają się jednak podtknięcia. Czasem jest to kolor, który do końca nie pasuje do reszty, czasem fason, który deformuje sylwetkę. Nie zamęczam się nietrafionymi zakupami, daję sobie prawo również do błędów, nie popadam w obłęd towrzenia idealnej szafy, w końcu nie jest ona najważniejszą rzeczą na świecie.

 

Jestem ciekawa, czy zdarzają się Wam porażki zakupowe. Moja ostatnia to, strój kąpielowy, którego kolor do końca do mnie nie przemawia, pomimo tego że świetnie leży. Macie jakieś swoje sposoby, by unikać takich zakupów? Mam wrażenie, że lista nie jest w pełni wyczerpana. Nie obejmuje na przykład sklepów internetowych, w których trudniej jest wybrać coś, co się sprawdzi. Dajcie koneicznie znać!

 

Jeśli post okazał się przydatny, będzie mi miło, jeśli podzielicie się nim ze znajomymi, korzystająć z przycisków poniżej. Bardzo dziękuję! :)

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy

Close