Jak bluza Nike stała się symbolem rzeczy wyjątkowych?

by Dorota Zalepa
49 komentarzy

Pamiętam jak będąc jeszcze nastoletnią dziewczyną, kupiłam sobie sportową bluzę Nike. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kupiłam ją za moje pierwsze, zarobione na sporcie, pieniądze. Była droga, miękka i bardzo przyjemna w dotyku. W beżowym kolorze, z dekoltem w serek. Po prostu prześliczna. Stała się moją ulubioną bluzą sportową. W tym czasie idąc na zakupy raczej kierowałam swoje kroki do sportowych sklepów, aniżeli H&M-u czy Zary (z resztą nie było ich wtedy w Olsztynie).

 

Nie nosiłam jej na co dzień, nie zakładałam jej do biegania, na trening, nawet na spacer z psem. Wyjazdy zagraniczne były odpowiednie, by w końcu wskoczyć w ulubioną bluzę. Kilka razy w roku. Bardzo pilnowałam by jej gdzieś nie zaciągnąć, dobrze ją wyprać i równiutko złożyć do szafy. Przyniosło to spodziewany efekt, bo bluza przez wiele lat była w nienagannym stanie. Aż do momentu, gdy nagle otworzyłam szafę, spojrzałam na nią, przymierzyłam i przestałam ją lubić. Już do mnie nie pasowała. Wydoroślałam, zmieniłam upodobania, zaczęłam nosić się mniej sportowo. Zniknęła z mojego życia, zanim zdążyłam się nią nacieszyć.

 

Przytaczam Wam tę historię nie bez powodu. Świetnie pokazuje, że oszczędzanie rzeczy na „wyjątkowe okazje” nie ma sensu , bo tych okazji może być tak mało, że nie zdążymy nawet wykorzystać ich w pełni. Moja bluza zasługiwała na więcej, na noszenie w zwykłe dni, po domu, na spacer, trening… Zasługiwała na to by być znoszona, a nie niczym eksponat muzealny leżeć w szafie, na półce z rzeczami nieużywanymi.

 

Sukienka kupiona na wesele znajomych, skórzane szpilki pasujące do kreacji sylwestrowej, elegancki serwis obiadowy i piękna biżuteria czekają na święta, przyjęcie weselne, obiad z rodzicami. Szkoda ich do codziennego użytku. Mogą się przecież zniszczyć, ubrudzić, potłuc, albo zniekształcić po kolejnym praniu. Cierpliwie czekają na swój dzień, który długo nie nadchodzi, więc kurzą się i znikają z mojej pamięci, by niespodziewanie zostać odkryte podczas generalnych porządków.

 

A gdyby tak nie czekać i piękną, jedwabną sukienkę zakładać na spacer po mieście, do pracy, do kina, a z serwisu korzystać każdego dnia? Cieszyć się tymi rzeczami, zużywać je, nawet jeśli miałyby się zniszczyć. Przynajmniej mamy wtedy pewność, że zostały wykorzystane w pełni. Temat korzystania z rzeczy wyjątkowych tylko od święta pojawił się u mnie już wiele lat temu, właśnie wtedy gdy pozbywałam się mojej ulubionej bluzy. Stała się ona takim symbolem rzeczy wyjątkowych, które przez bezmyślne oszczędzanie zwyczajnie zmarnowałam. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu z Was ta bluza nie jest żadnym unikatem, dla mnie teraz już też nie, ale wtedy była. Pamiętam do dziś jakie uczucia we mnie wzbudzała.

 

Temat jak bumerang wraca do mnie przy okazji różnych świąt, wesel znajomych, gości, dla których wyjmuję serwis obiadowy. Mimo to, podświadomie nadal dzielę rzeczy na te codziennego użytku i od święta i nadal staram się oszczędzać te wyjątkowe. Zdaję sobie z tego sprawę i staram się walczyć ze swoimi nawykami. Coraz częściej wyjmuję elegancki serwis, noszę biżuterię, i ubrania przeznaczone tylko na święta.

 

Jestem ciekawa, czy Wy też macie takie rzeczy, których używacie tylko od święta, bo obawiacie się, że się zniszczą? Ubrania, które kupiliście na wesele znajomych i wiszą w szafie, czekając na kolejną okazję, a może piękną biżuterię, porcelanowy serwis, buty? Koniecznie dajcie znać.

 

 

Cały czas możecie śledzić bloga na Bloglovin, dołączyć do mnie na Facebooku lub Instagramie, a jeśli chcielibyście utrzymywać ze mną bardziej prywatny kontakt, zapiszcie się do Kameralnego Newslettera.

 

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)

49 komentarzy

BlingAlley 27 sierpnia 2014 - 10:26

Sama uciekam trochę od kupowania rzeczy wyjątkowych, właśnie z obawy, że nie będę z nich korzystać ze względu na ich wyjątkowość i często ze względu na wyższą cenę. Zdecydowanie wolę kupić rzeczy fajne, których jednak nie będzie mi aż tak szkoda podczas codziennego użytkowania.

Odpowiedz
Dorota 27 sierpnia 2014 - 11:19

Ja z kolei staram się nie kupować typowo weselnych, sylwestrowych kreacji, które potem wiszą w szafie. Wybieram takie, które założę także na inne okazje. Ale i tak mam manię oszczędzania tych lepszych gatunkowo i droższych sukienek.

Odpowiedz
Agnieszka 27 sierpnia 2014 - 10:36

u mnie przełomowy moment, a raczej zmiana myślenia nastąpiła z chwilą odnalezienia po wielu latach złotych pierścionków z I Komunii Świętej… dostałam ich aż 6 i tak sobie przeleżały długie lata, schowane na dnie szafy, bo czekały na wyjątkową okazję, by je założyć i niestety się nie doczekały nigdy…gdy sobie o nich przypomniałam rok temu to najzwyczajniej w świecie stwierdziłam, że mi się nie podobają i nigdy ich nie założę. Postanowiłam je sprzedać w punkcie skupu złota i za otrzymane pieniądze kupiłam elegancki a zarazem skromny komplet z białego złota (żółte złoto nigdy nie było w moim guście), który postanowiłam nosić na co dzień do pracy, a nie od wielkiego dzwonu. Podobnie podchodzę teraz do pozostałych rzeczy na tzw. wielkie okazje. :)

Odpowiedz
Dorota 27 sierpnia 2014 - 11:23

To ja tak odnalazłam bransoletkę z trzech rodzajów złota, przywiezioną przez rodziców bodajże z Egiptu, której nie nosiłam przez lata, a teraz się z nią nie rozstaję. Jest delikatna, cieniutka i pasuje do wszystkiego.

Odpowiedz
Baba Jedna 27 sierpnia 2014 - 10:54

Oj zawsze walczyłam z rodzicielką o rzeczy na tzw lepszą okazję. Sama absolutnie nie uznaję takiego oszczędzania :) Mam jedynie komplet sztućców srebrnych, które wyjmuję na wszystkie święta – to tradycja rodzinna od pokoleń i niech już im będzie ;)

Odpowiedz
Ilona 27 sierpnia 2014 - 11:01

Mam takie rzeczy.
Jest to i biżuteria , która ma wartość sentymentalną. Pamiątki po i od babci, ojca czy mamy.
Są to również filiżanki, których wartość jest nie tylko sentymentalna ale stanowią pewien unikat. Nie korzystam – ale ciągle mam na oku ;-)
I są to ubrania (raptem kilka sztuk). Są klasyką samą w sobie. W dobie sieciówek i marnych ubrań te są przykładem doskonałości.
Zdarza mi się zakładać je gdy się chcę poczuć wyjątkowo.
Mam też jednorazowe kreacje sylwestrowo-komunijno-weselno -kościelne. Gdy w ciągu roku nie założę po raz drugi – oddaję innym. Zawsze ktoś je przygarnia.

Odpowiedz
Dorota 27 sierpnia 2014 - 11:27

Dlatego staram się nie kupować kreacji sylwestrowo-komunijno-weselno-kościelnych. nawet na swój ślub chciałam kupić zwyczajną białą sukienkę, ale jak przymierzyłam taką elegancką hiszpańską suknię z odkrytymi ramionami przepadłam. Musiałam ją mieć.

Odpowiedz
anoriell 27 sierpnia 2014 - 11:16

Niesamowicie denerwuje mnie podejście mojej babci/mamy z używaniem serwisu obiadowego tylko na największe święta i – trzeba podkreślić – tylko wtedy, gdy do domu przychodzą goście „z zewnątrz” bo nasza szóstka to wciąż nie wystarczający powód do używania porcelany.

Albo kryształy. O matko! Stoi ich wszędzie pełno, ale absolutnie nie wolno dotknąć, bo się potrzaskają. Na co kupowali dwa zestawy kryształowych kieliszków do wina jak nigdy nie mieli zamiaru ich używać? Kilka lat temu zrobiłam o to awanturę i o dziwo czasami nawet widzę je w użyciu…

Sama łapię się na tym, że mam talerzyki do kanapek na szybko i dla gości, ale dochodzę do wniosku, że to tak samo jak z ubraniami… Nie smaży się przecież kotletów w kaszmirowym sweterku.

No więc tak! Mam dwa zestawy talerzyków, ale sąsiedzi wpadający na kawę są już dostatecznym powodem żeby użyć tych odświętnych – nie czekam na odwiedziny królowej.

Odpowiedz
Dorota 27 sierpnia 2014 - 11:33

U mnie w domu też były serwisy dla gości i sztućce w walizce, ale mama wyjmowała je także dla nas :)
No tak, do smażenia kotletów przydają się dresy i stare T-shirty.

Odpowiedz
dancewiththecamera 27 sierpnia 2014 - 11:59

No niestety, ale problem poruszony w tym wpisie jest moją zmorą. Mam takie rzeczy, które bardzo lubię, bardzo mi się podobają i staram się je oszczędzać, żeby się szybko nie zniszczyły. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest dobre podejście, wręcz bezsensowne, ale nie do końca potrafię coś z tym zrobić. Trochę udało mi się to zmienić, ale jeszcze nie do końca.

Odpowiedz
Jola 27 sierpnia 2014 - 13:46

Doroto,Ty miałaś bluzę a ja buty.Jako nastolatka zaprawcowałam sobie na nie,kupiłam ,oszczędzałam i nie nosiłam ich i ,,stopa mi urosła!!były za małe!! nawet parę razy trakie przyciasne włożyłam mówiąc”skad-są dobre,może tylko tak wyglądają jak za małe”,,śmiać mi się teraz chce,dlatego jak coś kupuję dzieciom ,to mają to nosić używać a nie trzymać aby zawsze wyglądało jak nowe.pozdr Jola

Odpowiedz
Dorota 27 sierpnia 2014 - 14:46

Ja wciąż dzielę dziecku ubrania i buty na niedzielne, szkolne i podwórkowe, a potem dzieje się tak jak z Twoimi butami. Tylko że mój synek jak założy lepsze buty na dwór, to po paru wyjściach wyglądają tak samo jak te do szargania.
I tak źle, i tak niedobrze!

Odpowiedz
Karolina 27 sierpnia 2014 - 16:41

Pewnie, że mam w szafie ciuchy tylko jednego użytku. Raczej nie dlatego, że się zniszczą, ale nie mam ich gdzie ubrać. Przecież w kiecce z wesela nie pójdę do pracy, a dwa lata później fason już nie będzie modny więc drugi raz jej nie ubiorę. Druga kwestia to wygoda. W innych aspektach raczej nie kupuję rzeczy, których bym nie używała.

Odpowiedz
Dorota 27 sierpnia 2014 - 16:47

Dlatego ja staram się kupować sukienki weselne, które nadają się też na inne okazje, chociażby święta, kolację w restauracji czy nawet wyjście ze znajomymi na obiad. Wystarczy zmienić dodatki, buty i już staje się mniej oficjalna. Strasznie nie lubię kupować takich jednorazówek.

Odpowiedz