Dziękuję, tylko się rozglądam

by Dorota Zalepa
36 komentarzy

Wolny dzień, postanawiam pobuszować po sklepach. Nie mam konkretnych planów zakupowych, ot tak zobaczyć co w trawie piszczy. Może coś wpadnie mi w oko. Nie nastawiam się jednak, rozważę zakup tylko tego, co naprawdę mi się spodoba. Mam silne postanowienie sztucznego chłamu nie kupować. Ale to już wiecie, bo pisałam.

 Niewinnie wyglądający mały sklepik

Wchodzę do małego sklepiku z galanterią skórzaną mieszczącego się w galerii handlowej. Potrzebuję nowej torebki. Stara, jest już tak wysłużona, że wstyd się z nią pokazać. To wciąż ta sama, z tego postu. Ciemno, dosyć ciasno, na półkach towaru niewiele, więc za dużego wyboru nie mam. Zza lady wyłania się pani, wstaje, myślę sobie po co, niech siedzi, jak będę potrzebowała pomocy, poproszę. No ale nie mówię tego głośno. Pani więc wstaje i patrzy, podąża za mną wzrokiem, a ja po cichu liczę, że wejdzie jakiś nowy klient i ten swój wzrok przeniesie na niego. Nie wchodzi, uciekam, więcej nie wejdę, chyba, że z tłumem. Z resztą i tak nic ciekawego nie było.

Przesyt w Douglasie

Postanawiam zajrzeć do Douglasa. Chcę sprawdzić kolory korektorów, by upewnić się, że ten, który kupiłam ostatnio jest dobrym wyborem. Mam taką przypadłość, że jak już sobie coś kupię, to przez jakiś czas upewniam się czy to był dobry zakup. Przy każdym stoisku konsultantka. Biorę do ręki owy kosmetyk i badam jego kolor na nadgarstku. Podchodzi konsultantka i pyta czego konkretnie potrzebuję. No nic, tylko sprawdzam sobie kolory, powinnam odpowiedzieć. Zamiast tego daję się wciągnąć w malowanie moich cieni pod oczami rewelacyjnym korektorem. To, co? Decyduje się Pani? Nie, jeszcze muszę przemyśleć. Idę do następnego regału. To samo. I przy kolejnym podobnie. Przy jednej wizycie podeszły do mnie 4 konsultantki. Ja oszaleję! Wychodzę.

 A co to za pytania?

Sklep z odzieżą damską (chyba nie powinnam tak pisać bo gender), czyli sklep z odzieżą. Nie zdążyłam przejrzeć asortymentu, podchodzi ekspedientka i zadaje głupio-mądre pytania. Nie – w czym mogę pomóc, bo na nie leci standard: dziękuję, na razie się rozglądam. Ona pyta: jaki rozmiar potrzebny, jaki fason, na jaką okazję, czy coś przykuło moją uwagę? I co na to odpowiedzieć? Sprzedawcy są już na tyle wyszkoleni, że widzą kiedy klient się błąka, a kiedy ma silne pragnienie zakupów. Są po to, by te pragnienie wzmocnić i przekonać mnie, że jeśli kupię tę sukienkę/bluzkę/buty moje życie nie będzie już takie samo.

Ale ja nie po kozaczki

Dałam się nabrać na te ich sztuczki ostatnio w sklepie obuwniczym. Ehh… kosztowała mnie ta przyjemność dużo. Nowe kozaki, owszem ładne, ale to już 3 para, a ja szukałam botków. Pani dwoiła się i troiła, pomagała, doradzała, że aż trudno było – po 30 minutach wspólnej relacji – odesłać ją z kwitkiem. Metoda na litość. Jak nie kupisz, poczucie winy murowane.

Biedoty nie obsługujemy

Bywa też tak, że sprzedawca totalnie mnie olewa. Próbuję  ściągnąć go wzrokiem, a on nic. Pytam i dostaję lakoniczną i zbywającą odpowiedź. Bo pani akurat jest pilnie zajęta rozmową, albo obsługą bogato wyglądającej klientki. No właśnie zauważyliście, że wchodząc do luksusowego butiku niejednokrotnie sprzedawca podlicza zawartość naszego portfela, mierząc nasz outfit wzrokiem (mój z reguły wypada za tanio), i odpuszcza sobie wszelkie pizgi-umizgi, bo i  tak nie warto. Przecież nie kupisz t-shirtu za 200 zł. No nie, nie kupię.

 

Oczywiście nie wszędzie, gdzie się pojawię wzbudzam takie zainteresowanie. Są sklepy, szczególnie duże sieciówki, gdzie mogę spacerować wzdłuż alejek z ciuchami do nocy i nikt nie zwróci na mnie uwagi. W tych zdecydowanie czuję się najlepiej. A jak jest z Wami? Jaki rodzaj obsługi klienta preferujecie?

 

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)

36 komentarzy

Marcin Nowak (YOeLL) 30 stycznia 2014 - 19:38

Taki „środkowy” :)
Nie lubię kiedy sprzedawca pojawia się 2 sekundy po przekroczeniu progu sklepu. Z drugiej strony nie toleruję kompletnej zlewki.

Jednak ci „wyrywni” sprzedawcy nie robią tego z własnej woli. Takie mają korpo-prikazy :/

Odpowiedz
Natalia Katarzyna 30 stycznia 2014 - 19:47

Jak byłam kilka lat temu na zakupach pani w prost mi powiedziała, że nie mają nic w moim rozmiarze;]. Więc po prostu sobie odpuściłam i powiedziałam komu mogę o tej nieprzyjemnej kobiecie;]…

Odpowiedz
Dorota Zalepa 30 stycznia 2014 - 20:38

Oho! Musiała być bardzo niezadowolona ze swojej pracy. Ale nie martw się, ja zazwyczaj to słyszę wchodząc do obuwniczego (rozmiar buta 41).

Odpowiedz
Natalia Katarzyna 31 stycznia 2014 - 18:55

Widocznie tak…nawet nie wysiliła się, żeby być miła, albo pomyśleć, że może właśnie szukam dla kogoś prezentu i jestem potencjalną klientką;], ale na szczęście zdarzyło mi się to tylko raz;)

Odpowiedz
Peter 10 lutego 2014 - 23:11

Potencjalnego klienta rozpoznaje się od razu.
Podobnie jak notorycznego oglądaczo-przymierzacza.

Odpowiedz
Dorota Zalepa 11 lutego 2014 - 08:37

Ciekawe jak mnie widzą w takim razie, skoro czasem się rozglądam, a czasem rozglądam i kupuję.

Angelika K. 30 stycznia 2014 - 19:51

Oj tak.. Nie lubię natrętnych sprzedawców, którzy łażą za mną krok w krok… Nie potrafię robić zakupów pod presją. Dlatego też nie lubię Douglasa i kilku „bardzo markowych” sklepów odzieżowych. Ale Ci, którzy olewają klienta, siedząc w małym sklepiku wygodnie za ladą, z nosem w smartfonie i ze wzrokiem, który zabija („jak śmiesz mi przeszkadzać?”), też nie są mile widziani. Nie zależy im? Trudno, nie zarobią na mnie. Trzeba to wypośrodkować.
W dużych sklepach, bez oddechu na plecach, czuję się zdecydowanie najlepiej.

Podoba mi się ostatnie stwierdzenie.
Mój strój na zakupy jest zazwyczaj wygodny, przeciętny. Nieadekwatny do zawartości portfela. Bo i po co rzucać się w oczy? Dzięki temu wiele razy uniknęłam „ogona”, czyli sprzedawcy, który wolał uganiać się za kimś wyglądającym nieco lepiej ode mnie ;) Zakupy wówczas robiłam na spokojnie, bez skrępowania….

Odpowiedz
Dorota Zalepa 30 stycznia 2014 - 20:53

Ja też zazwyczaj nie chodzę na zakupy wypindrzona jak na imprezę. W sumie na imprezę też tak nie chodzę. Hmm, w ogóle nie chodzę na imprezy :)

Odpowiedz
Małgosia 30 stycznia 2014 - 20:11

Też nie przepadam za taką formą nachalnej pomocy ze strony pracowników sklepu, jednak wiem też, że niektórzy pracodawcy oczekują takiej właśnie aktywności ze strony sprzedawców. Czy to działa? Pewnie czasem tak, skoro w sumie często się to zdarza.

Odpowiedz
Dorota Zalepa 30 stycznia 2014 - 20:45

Ja wiem, że sprzedawcy tak są szkoleni i widocznie to przynosi jakieś efekty (choćby przykład z moimi kozaczkami). Tyle, że klient wcale nie czuje się komfortowo i jeśli wraca, to nie ze względu na miłą obsługę, tylko ze względu na towar.

Odpowiedz
Agi 31 stycznia 2014 - 19:26

Miałam tą „przyjemność” pracować jako sprzedawca w salonie odzieżowym, którego polityka wyglądała tak ” atakować każdego klienta zaraz po przekroczeniu progu sklepu, nawet jeśli oznaczałoby to bieg sprintem między regałami z drugiego końca sklepu”. Zwyczajnie nie masz wyboru, jeśli kierownik ( a raczej koncern ) tego od swoich pracowników wymaga. Tak więc, za każdym razem kiedy wchodzę do sklepu i widzę zmierzającą ku mnie osobę z obsługi, staram się nie irytować zbyt szybko, tłumacząc sobie, że to już taka nie do końca mądra polityka firmy ;)

Odpowiedz
Niezatrudniona 30 stycznia 2014 - 21:03

Tak samo było jak pracowałam w Empiku. tam był tzw. dyrygent, który miał obowiązek podejść do każdego klienta, który wszedł do sklepu i zaproponować pomoc.Jeśli nie podeszłaś – szefowa widziała to na kamerach i był opieprz! Strasznie tego nie lubiłam, bo nie jestem typem natarczywym :) Poza tym sama nie lubię takiej obsługi w innych sklepach. Jeśli czegoś potrzebuję lub mam problem/pytanie to sama się pofatyguję do sprzedawcy :)

Odpowiedz
Dorota 30 stycznia 2014 - 22:11

Ojej, nie mogłabym znieść takiego dyrygenta nad sobą.

Odpowiedz
Ania R 30 stycznia 2014 - 21:38

Trzeba pamietac,ze to my jestesmy klientami a pani w sklepie to tylko sprzedawczyni ktora pracuje za smetne pieniadze(nie obrazajac zawodu). Osobiscie jestem mila,z wielkim usmiechem i tyle, reszte trzeba olac .faktem jest ze kiedys bylam bojazliwa ale z wiekiem „zmadrzalam”. Najsmieszniejsze jest jak sie wchodzi do luksusowego sklepu styl Dior a. Sprzedawczynie zachowuja sie jakby to one byly wlascicielkami.Biedne,glupie kobietki. W Paryzu juz dawno przeszedl szal na :” dobrze ubrana to znaczy ze bogata”.Tylko rosjanki i call girl chodza jak choinki. Kiedys zdarzylo sie ze „wyrzucili” dziewczyne ubrana w stylu Cara Delevingne, okazalo sie ze byla to jedna z princess Arabii Saudyjskiej- zakupy na kilkaset tysiecy euro. Nikogo nie wolno ignorowac.

Odpowiedz
Dominika 30 stycznia 2014 - 21:45

Ja zdecydowanie wolę sklepy, w których mogę swobodnie się przemieszczać między wieszakami i osoby z obsługi tylko czasem się gdzieś „przewiną”. Mam wtedy poczucie, że nikt mnie cały czas nie obserwuje, ale z drugiej strony jeżeli szukam czegoś konkretnego to też mam kogoś „pod ręką” żeby zapytać. Ekspedientów nachalnych i tych olewających nie toleruję – od razu wychodzę ze sklepu. Nie ma nic gorszego niż kupienie czegoś na siłę lub nie kupienie niczego tylko dlatego, że nikt nie pomógł znaleźć rozmiar itp.
Pozdrawiam,
D

Odpowiedz
Dorota 30 stycznia 2014 - 22:09

Otóż to!

Odpowiedz