Dziękuję, tylko się rozglądam

by Dorota Zalepa
36 komentarzy

Wolny dzień, postanawiam pobuszować po sklepach. Nie mam konkretnych planów zakupowych, ot tak zobaczyć co w trawie piszczy. Może coś wpadnie mi w oko. Nie nastawiam się jednak, rozważę zakup tylko tego, co naprawdę mi się spodoba. Mam silne postanowienie sztucznego chłamu nie kupować. Ale to już wiecie, bo pisałam.

 Niewinnie wyglądający mały sklepik

Wchodzę do małego sklepiku z galanterią skórzaną mieszczącego się w galerii handlowej. Potrzebuję nowej torebki. Stara, jest już tak wysłużona, że wstyd się z nią pokazać. To wciąż ta sama, z tego postu. Ciemno, dosyć ciasno, na półkach towaru niewiele, więc za dużego wyboru nie mam. Zza lady wyłania się pani, wstaje, myślę sobie po co, niech siedzi, jak będę potrzebowała pomocy, poproszę. No ale nie mówię tego głośno. Pani więc wstaje i patrzy, podąża za mną wzrokiem, a ja po cichu liczę, że wejdzie jakiś nowy klient i ten swój wzrok przeniesie na niego. Nie wchodzi, uciekam, więcej nie wejdę, chyba, że z tłumem. Z resztą i tak nic ciekawego nie było.

Przesyt w Douglasie

Postanawiam zajrzeć do Douglasa. Chcę sprawdzić kolory korektorów, by upewnić się, że ten, który kupiłam ostatnio jest dobrym wyborem. Mam taką przypadłość, że jak już sobie coś kupię, to przez jakiś czas upewniam się czy to był dobry zakup. Przy każdym stoisku konsultantka. Biorę do ręki owy kosmetyk i badam jego kolor na nadgarstku. Podchodzi konsultantka i pyta czego konkretnie potrzebuję. No nic, tylko sprawdzam sobie kolory, powinnam odpowiedzieć. Zamiast tego daję się wciągnąć w malowanie moich cieni pod oczami rewelacyjnym korektorem. To, co? Decyduje się Pani? Nie, jeszcze muszę przemyśleć. Idę do następnego regału. To samo. I przy kolejnym podobnie. Przy jednej wizycie podeszły do mnie 4 konsultantki. Ja oszaleję! Wychodzę.

 A co to za pytania?

Sklep z odzieżą damską (chyba nie powinnam tak pisać bo gender), czyli sklep z odzieżą. Nie zdążyłam przejrzeć asortymentu, podchodzi ekspedientka i zadaje głupio-mądre pytania. Nie – w czym mogę pomóc, bo na nie leci standard: dziękuję, na razie się rozglądam. Ona pyta: jaki rozmiar potrzebny, jaki fason, na jaką okazję, czy coś przykuło moją uwagę? I co na to odpowiedzieć? Sprzedawcy są już na tyle wyszkoleni, że widzą kiedy klient się błąka, a kiedy ma silne pragnienie zakupów. Są po to, by te pragnienie wzmocnić i przekonać mnie, że jeśli kupię tę sukienkę/bluzkę/buty moje życie nie będzie już takie samo.

Ale ja nie po kozaczki

Dałam się nabrać na te ich sztuczki ostatnio w sklepie obuwniczym. Ehh… kosztowała mnie ta przyjemność dużo. Nowe kozaki, owszem ładne, ale to już 3 para, a ja szukałam botków. Pani dwoiła się i troiła, pomagała, doradzała, że aż trudno było – po 30 minutach wspólnej relacji – odesłać ją z kwitkiem. Metoda na litość. Jak nie kupisz, poczucie winy murowane.

Biedoty nie obsługujemy

Bywa też tak, że sprzedawca totalnie mnie olewa. Próbuję  ściągnąć go wzrokiem, a on nic. Pytam i dostaję lakoniczną i zbywającą odpowiedź. Bo pani akurat jest pilnie zajęta rozmową, albo obsługą bogato wyglądającej klientki. No właśnie zauważyliście, że wchodząc do luksusowego butiku niejednokrotnie sprzedawca podlicza zawartość naszego portfela, mierząc nasz outfit wzrokiem (mój z reguły wypada za tanio), i odpuszcza sobie wszelkie pizgi-umizgi, bo i  tak nie warto. Przecież nie kupisz t-shirtu za 200 zł. No nie, nie kupię.

 

Oczywiście nie wszędzie, gdzie się pojawię wzbudzam takie zainteresowanie. Są sklepy, szczególnie duże sieciówki, gdzie mogę spacerować wzdłuż alejek z ciuchami do nocy i nikt nie zwróci na mnie uwagi. W tych zdecydowanie czuję się najlepiej. A jak jest z Wami? Jaki rodzaj obsługi klienta preferujecie?

 

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)

36 komentarzy

Marcin Nowak (YOeLL) 30 stycznia 2014 - 19:38

Taki „środkowy” :)
Nie lubię kiedy sprzedawca pojawia się 2 sekundy po przekroczeniu progu sklepu. Z drugiej strony nie toleruję kompletnej zlewki.

Jednak ci „wyrywni” sprzedawcy nie robią tego z własnej woli. Takie mają korpo-prikazy :/

Odpowiedz
Natalia Katarzyna 30 stycznia 2014 - 19:47

Jak byłam kilka lat temu na zakupach pani w prost mi powiedziała, że nie mają nic w moim rozmiarze;]. Więc po prostu sobie odpuściłam i powiedziałam komu mogę o tej nieprzyjemnej kobiecie;]…

Odpowiedz
Dorota Zalepa 30 stycznia 2014 - 20:38

Oho! Musiała być bardzo niezadowolona ze swojej pracy. Ale nie martw się, ja zazwyczaj to słyszę wchodząc do obuwniczego (rozmiar buta 41).

Odpowiedz
Natalia Katarzyna 31 stycznia 2014 - 18:55

Widocznie tak…nawet nie wysiliła się, żeby być miła, albo pomyśleć, że może właśnie szukam dla kogoś prezentu i jestem potencjalną klientką;], ale na szczęście zdarzyło mi się to tylko raz;)

Odpowiedz
Peter 10 lutego 2014 - 23:11

Potencjalnego klienta rozpoznaje się od razu.
Podobnie jak notorycznego oglądaczo-przymierzacza.

Odpowiedz
Dorota Zalepa 11 lutego 2014 - 08:37

Ciekawe jak mnie widzą w takim razie, skoro czasem się rozglądam, a czasem rozglądam i kupuję.

Angelika K. 30 stycznia 2014 - 19:51

Oj tak.. Nie lubię natrętnych sprzedawców, którzy łażą za mną krok w krok… Nie potrafię robić zakupów pod presją. Dlatego też nie lubię Douglasa i kilku „bardzo markowych” sklepów odzieżowych. Ale Ci, którzy olewają klienta, siedząc w małym sklepiku wygodnie za ladą, z nosem w smartfonie i ze wzrokiem, który zabija („jak śmiesz mi przeszkadzać?”), też nie są mile widziani. Nie zależy im? Trudno, nie zarobią na mnie. Trzeba to wypośrodkować.
W dużych sklepach, bez oddechu na plecach, czuję się zdecydowanie najlepiej.

Podoba mi się ostatnie stwierdzenie.
Mój strój na zakupy jest zazwyczaj wygodny, przeciętny. Nieadekwatny do zawartości portfela. Bo i po co rzucać się w oczy? Dzięki temu wiele razy uniknęłam „ogona”, czyli sprzedawcy, który wolał uganiać się za kimś wyglądającym nieco lepiej ode mnie ;) Zakupy wówczas robiłam na spokojnie, bez skrępowania….

Odpowiedz
Dorota Zalepa 30 stycznia 2014 - 20:53

Ja też zazwyczaj nie chodzę na zakupy wypindrzona jak na imprezę. W sumie na imprezę też tak nie chodzę. Hmm, w ogóle nie chodzę na imprezy :)

Odpowiedz
Małgosia 30 stycznia 2014 - 20:11

Też nie przepadam za taką formą nachalnej pomocy ze strony pracowników sklepu, jednak wiem też, że niektórzy pracodawcy oczekują takiej właśnie aktywności ze strony sprzedawców. Czy to działa? Pewnie czasem tak, skoro w sumie często się to zdarza.

Odpowiedz
Dorota Zalepa 30 stycznia 2014 - 20:45

Ja wiem, że sprzedawcy tak są szkoleni i widocznie to przynosi jakieś efekty (choćby przykład z moimi kozaczkami). Tyle, że klient wcale nie czuje się komfortowo i jeśli wraca, to nie ze względu na miłą obsługę, tylko ze względu na towar.

Odpowiedz
Agi 31 stycznia 2014 - 19:26

Miałam tą „przyjemność” pracować jako sprzedawca w salonie odzieżowym, którego polityka wyglądała tak ” atakować każdego klienta zaraz po przekroczeniu progu sklepu, nawet jeśli oznaczałoby to bieg sprintem między regałami z drugiego końca sklepu”. Zwyczajnie nie masz wyboru, jeśli kierownik ( a raczej koncern ) tego od swoich pracowników wymaga. Tak więc, za każdym razem kiedy wchodzę do sklepu i widzę zmierzającą ku mnie osobę z obsługi, staram się nie irytować zbyt szybko, tłumacząc sobie, że to już taka nie do końca mądra polityka firmy ;)

Odpowiedz
Niezatrudniona 30 stycznia 2014 - 21:03

Tak samo było jak pracowałam w Empiku. tam był tzw. dyrygent, który miał obowiązek podejść do każdego klienta, który wszedł do sklepu i zaproponować pomoc.Jeśli nie podeszłaś – szefowa widziała to na kamerach i był opieprz! Strasznie tego nie lubiłam, bo nie jestem typem natarczywym :) Poza tym sama nie lubię takiej obsługi w innych sklepach. Jeśli czegoś potrzebuję lub mam problem/pytanie to sama się pofatyguję do sprzedawcy :)

Odpowiedz
Dorota 30 stycznia 2014 - 22:11

Ojej, nie mogłabym znieść takiego dyrygenta nad sobą.

Odpowiedz
Ania R 30 stycznia 2014 - 21:38

Trzeba pamietac,ze to my jestesmy klientami a pani w sklepie to tylko sprzedawczyni ktora pracuje za smetne pieniadze(nie obrazajac zawodu). Osobiscie jestem mila,z wielkim usmiechem i tyle, reszte trzeba olac .faktem jest ze kiedys bylam bojazliwa ale z wiekiem „zmadrzalam”. Najsmieszniejsze jest jak sie wchodzi do luksusowego sklepu styl Dior a. Sprzedawczynie zachowuja sie jakby to one byly wlascicielkami.Biedne,glupie kobietki. W Paryzu juz dawno przeszedl szal na :” dobrze ubrana to znaczy ze bogata”.Tylko rosjanki i call girl chodza jak choinki. Kiedys zdarzylo sie ze „wyrzucili” dziewczyne ubrana w stylu Cara Delevingne, okazalo sie ze byla to jedna z princess Arabii Saudyjskiej- zakupy na kilkaset tysiecy euro. Nikogo nie wolno ignorowac.

Odpowiedz
Dominika 30 stycznia 2014 - 21:45

Ja zdecydowanie wolę sklepy, w których mogę swobodnie się przemieszczać między wieszakami i osoby z obsługi tylko czasem się gdzieś „przewiną”. Mam wtedy poczucie, że nikt mnie cały czas nie obserwuje, ale z drugiej strony jeżeli szukam czegoś konkretnego to też mam kogoś „pod ręką” żeby zapytać. Ekspedientów nachalnych i tych olewających nie toleruję – od razu wychodzę ze sklepu. Nie ma nic gorszego niż kupienie czegoś na siłę lub nie kupienie niczego tylko dlatego, że nikt nie pomógł znaleźć rozmiar itp.
Pozdrawiam,
D

Odpowiedz
Dorota 30 stycznia 2014 - 22:09

Otóż to!

Odpowiedz
anoriell 30 stycznia 2014 - 22:40

Moim zadaniem nie ma nic gorszego niż sprzedawca, który napada mnie ze swoją „pomocą” już na progu sklepu. Jeszcze nie wiem co sprzedają, ale już muszę zdecydować co chcę kupić.
W takich wypadkach mam ochotę uciekać, a nie zapoznawać się z asortymentem…

Lubię jak sprzedawcy kręcą się po sklepie i zawsze można do nich podejść i zapytać o konkretne rzeczy.

Odpowiedz
Anonim 30 stycznia 2014 - 23:00

Oj dziewczyny… akurat pracuje w takim „wyższej klasy” salonie obuwniczym,i nie wyobrażam sobie napadania na klientów zaraz po wejściu do salonu czy wogóle.ALE sytuacja się zmienia kiedy mam świadomośc ze kierowniczka regionalna wymaga tego odemnie bo inaczej zwyczajnie mnie zwolni! przez to że się raz postawiłam ,informując ze nie zamierzam napadac nachalnie klientów zostałam prawie wyrzucona.aktualnie wypowiedziałam umowe bo nie jestem w stanie wytrzymać takiej presji i mobbingu.Uwierzcie mi że to nie jest wybór tych dziewczyn, one muszą to robic bo straca pracę…

Odpowiedz
Dorota Zalepa 30 stycznia 2014 - 23:08

Dziękuję Ci za ten komentarz. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to wybór osób pracujących w sklepach, a odgórnie narzucane normy. Chciałabym, żeby mentalność osób decyzyjnych się zmieniła i by pracownicy nie byli zmuszani do takich metod. Tym bardziej, tak jak piszesz, pod presją utraty pracy.

Odpowiedz
AlicyaLK w Krainie Czarów 31 stycznia 2014 - 05:55

Oczywiście, że nie wybór tych dziewczyn, ja się tylko zastanawiam, kto wymyśla taką politykę obsługi klienta. Nie znam nikogo, kto lubiły taką napaść. Ja to w ogóle jestem przewrażliwiona na tego typu „umizgi”, dostaję gęsiej skórki i chociaż coś mi się podoba, to uciekam! Dlaczego sprzedawca nie może podejść i powiedzieć: Dzień dobry, mam na imię Ania, jakby Pani czegoś potrzebowała, to proszę mnie zawołać. Jak byłam w USA, to tak właśnie podchodzili sprzedawcy do klientów i jakoś nieźle sobie radzą. Może kiedyś doczekam się chodzenia po sklepach bez nerwów.

A tak z innej beczki, moim ulubionym tekstem w sklepie jest: „Ale to jest drogie”. No extra! Chce wydać kasę, ale może jednak nie u Państwa…

Odpowiedz
Anonim 30 stycznia 2014 - 23:30

Bardzo lubie czytać Twojego bloga Dorotko,ale wypowiadam się pierwszy raz,bo poczułam ze ten temat akurat mnie dotknął.Nie pracuje długo w tej branży bo zaledwie kilka miesięcy ,ale już zdążyłam się zorientować jak chore jest towarzystwo ,które rządzi i trzęsie personelem.To jest temat rzeka.Jeśli „obsługuję” klientkę która jest bardzo niemiła dla mnie z jakiegoś powodu,być może takiego że oferuję jej swoją pomoc,a być może zupełnie innego – sama czuję się jak smieć,zwłaszcza że MUSZĘ do niej podejść i zapytać „jakich butów szuka,na jaką okazję,może będę mogła coś doradzić”, przy czym muszę się idiotycznie uśmiechać, i wciskać kity jak to buty pasują do sukieneczki, torebeczki czy rajstopek. Nie twierdzę ze nie lubię z klientkami rozmawiać,bo są kobiety z którymi można fajnie,nienachalnie porozmawiać,ale większośc nie chce niczyjej pomocy,sama chce wybrać ,przymierzyć ewentualnie zapytac męża czy się podoba ;)
Jesli filozofią firmy jest własnie taka obsługa klienta to albo trzeba to zaakceptować i pracowac zgodnie z tymi standardami a jeśli nie… uciekac gdzie pieprz rosnie..ale nie każdy przeciez ma mozliwość zmiany pracy ,zwłaszcza jeśli ma na utrzymaniu rodzinę.

Pozdrawiam, i proszę o odrobinę wyrozumiałości dla sprzedawczyń :)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 31 stycznia 2014 - 09:06

Dziękuję za miłe słowa odnośnie bloga :)
Tak jak pisałam wyżej, zdaję sobie sprawę, że takie są wymagania szefostwa. Dziwi mnie to, że nie reagują na uwagi personelu, że klienci pewnych metod nie lubią.

To tak jak z telemarketerami, ludzie się na nich okropnie wkurzają, bo zakłócają im spokój, wciskają jakieś usługi i produkty, które nie są im zupełnie potrzebne, nachalnie wydzwaniają (albo co gorsza ustawiają automat). Mimo, że wiemy, że tego się od nich wymaga w pracy, to im zazwyczaj dostaje się po „uszach”.

Odpowiedz
Small Sapphire 7 lutego 2014 - 10:22

Pracowałam jako telemarketer w wakacje zaraz po maturze i od tego czasu jak dzwonią do mnie z jakimiś propozycjami i mam chwilę, kiedy mogę rozmawiać to rozmawiam, nawet jak oferta mnie nie interesuje. A dlaczego? :) Bo jak „rzucisz słuchawką” to takiemu telemarketerowi automatycznie wbija się kolejny numer i od nowa po raz 300 musi klepać swoją cudowną regułkę… :) a jak ma się takich niegadatliwych klientów 30 po kolei to już ma się dosyć tej swojej regułki „dzień dobry nazywam się bla bla bla… ” ;)To było na prawdę meczące, dlatego jak trafił mi się taki ktoś kto ze mną rozmawiał to uwierzcie mi byłam przeszczęsliwa :) Wyszłam trochę z tematu głównego, ale poniekąd wiąże się z nim. Też mam dosyć takich nachalnych sprzedawców czasami jak mam zły dzień i mam ochotę zabić wzrokiem podchodzącego do mnie takiego osobnika, ale przypominam sobie wtedy moją pracę i myślę „kurcze to praca, robi co musi, ma szefa nad sobą który patrzy jej/jemu na ręce, takie życie” i po prostu dziękuję za pomoc, uśmiecham się i przeglądam asortyment dalej :).

Odpowiedz
Anonim 26 lutego 2014 - 16:49

O, tak mnie zaintrygowałaś z tym, że wolałaś jak ktoś porozmawiał nawet jak na produkt miał się nie zdecydować.
Też mam doświadczenie „na telefonie”, co prawda trochę lat już minęło, ale jednak ;) U mnie tak było ustawione IP, że czas rozmowy miał wpływ na wysokość mojej premii. Ja tam wolałam żeby od razu rzucono słuchawką, no może nie tyle rzucono, co podziękowano za rozmowę, bo podskakiwały mi wskaźniki :) I sama w sumie dzisiaj też tak robię jak ktoś do mnie dzwoni. Z góry informuję, ze na pewno się nie zdecyduję więc szkoda na mnie czasu rozmowy – aczkolwiek staram się robić to grzecznie wiedząc jak wygląda praca po drugiej stronie :)

Odpowiedz
szachogluchowicz.pl 31 stycznia 2014 - 09:43

Ja myślę, że 90% sprzedawców nie powinno być sprzedawcami :) Dlaczego? Ponieważ nie mają do tego talentu, to tak jakby zatrudnić kogoś do pieczenia chleba kto nawet herbaty nie potrafi zrobić…często sprzedawca upychany jest do kategorii kiepskiej pracy i płacy. I sam bezradny tak się czuje. Dlaczego? Bo nie potrafi sprzedawać – nawet jeżeli ma za sobą cykl szkoleń. Ten dar albo się ma, albo nie… Kiepska płaca? tak jeżeli patrzy się tylko na pensję stałą, ale często są dodatki w postaci premii za sprzedaż…i nasza pensja rośnie…
To samo dotyczy rozgryzienia klienta czy ma pieniądze czy przyszedł coś kupić… Bogato wyglądająca Pani…niekoniecznie chce coś kupić a jedynie pochodzić po sklepach bo…jej się nudzi…a kiepsko wyglądająca Pani? Może dostała premie, lepszą pracę, na co dzień się tak nosi bo lubi kryć przed sąsiadami ile zarabia…i chce wydać obłędną cenę na dzisiejszych zakupach.

Odpowiedz
Dominika 31 stycznia 2014 - 09:51

O, apropo telemarketerów. Tak mi się przypomniało, ponieważ sama kiedyś tak pracowałam. Z tą różnicą, że to nie ja dzwoniłam do klienta tylko on do nas (infolinia przychodząca) i moim zadaniem było uprzejmie obsłużyć, doradzić, rozwiązać problem ale przede wszystkim… SPRZEDAĆ dodatkową usługę. Nie ważne, że człowiek po drugiej stronie dzwonił i mówił, że mu coś nie działa i był wkurzony. Kierownika potrafiła stać nad człowiekiem i pilnować czy proponujemy (co najmniej 3 razy w ciągu rozmowy) dodatkową usługę. Długo tam nie wytrzymałam, to nie na moje nerwy. I dlatego jak ktoś taki do mnie dzwoni to staram się ze wszystkich sił być uprzejma (pomimo wszystko), ponieważ wiem co ci ludzie maja w pracy. To smutne, ale prawdziwe.
Pozdrawiam,
D

Odpowiedz
Dorota Zalepa 31 stycznia 2014 - 10:10

Ojej, straaaszne! Dlatego jak dzwonię na infolinię, to zawsze mam wrażenie, że moje problemy są mało istotne. Ostatnio podpisywałam umowę z dostawcą internetu, właśnie przez telefon, kilka razy powtarzałam, żeby nie naliczali mi dodatkowej usługi. Minął m-c a do rachunku i tak doliczyli niechcianą usługę. Oczywiście reklamacja została uwzględniona, ale swoje musiałam się nachodzić. A chciałam telefoniczne, żeby nie odwiedzać ich stacjonarnego punktu. I więcej tak nie podpiszę.

Odpowiedz
Wiktor Majorkiewicz 31 stycznia 2014 - 11:19

To rzeczywiście irytujące, jak sprzedawca nachalnie zadaje pytanie po pytaniu. Ale rozumiem też, że taką mają pracę i często właśnie takich zachowań oczekuje pracodawca. Ja staram się zawsze grzecznie odmówić jeśli nie jestem zainteresowany.

Odpowiedz
ciDer 31 stycznia 2014 - 12:40

oj oj oj ale sie rozpisali :) pierwsze, nakaz korpo do streczycielstwa, banalnie proste i powtarzane na kazdym szkoleniu, celowe dzialanie w celu zlamania klienta, slaby kupi, niepewny moze da sie namowic, asertywny sobie poradzi i nie obrazi bo ma moc przeciwstawienia sie.
kolejna sprawa, mowicie o masowkach, glownie, w malych sklepikach brak zainteresowania.
zgadzam sie, sam nie jedno szkolenie przezylem, ja mam ta przyjemnosc ze pracuje w sklepie branzowym, nie mydlo i powidlo, konkretna galaz, przychodzac klient wie czego szuka, pozostaje doradzic. co i tak nie jest proste :) przyklad : dziendobry, macie moze wiertarki ? oczywiscie, okolo 20 roznych, ktora pan sobie zyczy ?
co do pytan i naklaniania klienta, nie chodze, siedze przy biurku, wchodzi i pytam czy moze w czyms doradzic, nie, ok jezeli jednak bede potrzebny prosze smialo pytac, i staram sie zawsze byc w zasiegu wzroku, w razie potrzeby do dyspozycji. nie wazne ze nie kupi, moi ulubiency :) APACZE :) w czyms pomoc ? yyyyy, A PACZE tylko :P
maly przytyczek do was drodzy klienci :)
bardzo prosze bez kozakowania, bardzo czesto jest tak, co to nie ja, co ja nie robilem, czego ja nie mialem :) otoz nie, wiedza sprzedawcy, tzn goscia ktory siedzi w tym od 6 lat, zna najnowsze rozwiazania i innowacje, interesuje sie ta branza, jest czesto porazajaco wieksza.
na koniec zarcik i przyklad kozaka:
bry
bry
wiertarki
tak, np ta , ma 800 watt, efektywna sile udaru trzy przecinek cztery dzula (3,4J)
panie, na trzy cztery to do wody na dupe skacze :)
przykladow wiele, tak samo jak idiotow :)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 31 stycznia 2014 - 13:06

I kto tu się rozpisał ;)
Przeraziłeś mnie z tym stręczycielstwem, ale tak właśnie jest. Ja chyba należę do grupy niepewnych klientów i czasem uda mi się coś wcisnąć. No i z pewnością jestem APACZEM :) Wolno mi!

Odpowiedz
ciDer 31 stycznia 2014 - 16:38

warto byc APACZEM, ja tez jestem, ale nie wolno sie narzucac, chcesz pomoc, ok, ale sa kulturalne i bardziej efektywne sposoby :) a rozpisalem sie bo lubie :) wolno mi ! :P
bardzo cenie sobie klientow, ktorzy przychodza pogadac o narzedziach, interesuja sie nowosciami :) wiem zabrzmi jak prawie niemozliwe, ale lubie swoja prace, najbardziej jak przyjdzie klient i mowi, ze ma taki problem, prosi o pomoc w rozwiazaniu, moje zadanie to sprzedac nie tylko wiertarke, satysfakcja :) ktos tu dzisiaj pisal, ze wiekszosc jest w pracy za kare, oj oj tak, ja sie staram, bawi mnie to, moze dzieki temu, ze dobrze wykonuje swoje obowiazki to mam taka przyjemnosc z pracy ?
a i co by nie bylo, mam stala pensje, zero premii od sprzedazy, po prostu miesiac w miesiac tyle samo i tak samo malo :P

Odpowiedz
Kamson 31 stycznia 2014 - 21:37

Ale trafiłem na fajnego bloga :) Ostatnio pisałem podobnie, poruszyłem temat z drugiej strony. Co więcej, rozczarowałaś mnie ostatnim punktem. Wydaje mi się, że wiele zależy od człowieka – sprzedawcy i od indywidualnego podejścia do klienta. Tak jak ludzie, jedni patrzą z góry, drudzy normalnie. Jednak te luksusowe sklepy chyba specjalnie nie zaczepiają klientów, właśnie po to aby czuł się swobodnie, aby sam zapytał, gdy towarem się zainteresuje. Chociaż bywa równie, zależy jak zawieje..

Odpowiedz
Królowa Karo 31 stycznia 2014 - 23:08

Oj, napisałaś chyba wszystko to, co mnie drażni w sklepach. Nie cierpię nachalnych sprzedawców, choć zdaję sobie sprawę, że w niektórych sklepach (np. Douglas) są takie standardy i oni muszą – ale do takich sklepów nigdy nie wchodzę sobie „tylko pooglądać”, bo się czuję jak intruz od razu.

Odpowiedz
Kasiorra 2 lutego 2014 - 14:37

na mnie czasami aż za bardzo zwracają uwagę. za zasadzie „rozgląda się, nie wygląda bogato.. to pewnie złodziej” :/ ehh.. az sie odechciewa gdziekolwiek isc.

Odpowiedz
zakladnicy codziennosci 6 lutego 2014 - 20:33

ja wprost nie znoszę sklepów Parfois – nie mam na myśli ich asortymentu – ale obsługę. Nie zdążę nawet jeszcze dobrze wejść, a już jest to ich nieśmiertelne pytanie o ” szczególne poszukiwania’ grrr…

Odpowiedz
FashandRoll 22 lutego 2014 - 15:09

Nie lubię przesady. Ani w jedną, ani w drugą stronę.
Strasznie denerwują mnie osoby, które podbiegają do mnie dwie sekundy po wejściu do sklepu i pytają co, w jakim rozmiarze, kolorze itd. A ja JESZCZE NIE WIEM, bo dopiero weszłam do tego sklepu i chcę się zorientować „co dziś dają”.

Z drugiej strony wkurza mnie, gdy wchodzę w ubraniu-dla-zwykłych-śmiertelników do bardziej ekskluzywnego sklepu (bo ostatnio stawiam na ubrania najwyższej jakości, co nie znaczy, że nie mogę pójść na zakupy w dresie) i akurat chciałabym, aby ktoś mi pomógł, ale obsługa mnie olewa, bo jestem za słabo ubrana.

Odpowiedz

Zostaw komentarz