fbpx

Czy masz jakieś swoje „guilty pleasures”?

by Dorota Zalepa
33 komentarze

Na blogu staram się zachęcać Was do zdrowego i harmonijnego życia, w którym znajdujemy czas na wartości dla nas najważniejsze. Dbamy o rozwój fizyczny i duchowy, pielęgnujemy ciało naturalnymi kosmetykami, odżywiamy się zdrowo, ograniczamy nadmiar w wielu dziedzinach. Ale czy nasze życie zawsze tak wygląda? Czy rzeczywiście nigdy nie zdarzają nam się odstępstwa od raz wytyczonej ścieżki? Czy miewamy od czasu do czasu tzw. „guilty pleasures”? Ja mam! W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać, że nie jestem idealna i nie raz zdarza mi się złamać moje zasady. I mało tego, nie robię sobie z tego powodu wyrzutów sumienia, bo wiem, że takie odpuszczenie raz na jakiś czas jest mi potrzebne.

 

Guilty pleasures to przyjemności, które sprawiają nam ogromną frajdę, bawią, smakują, relaksują, ale powodują też wyrzuty sumienia, a w nadmiarze mogą nam nie służyć. To coś takiego jak lampka dobrego wina, która raz na jakiś czas krzywdy nam nie zrobi, ale gdy będziemy ją spożywać codziennie, już może. To telenowela, która jest mało ambitna, ale zagmatwane losy bohaterów tak nas wciągają, że oglądamy ją z wypiekami na twarzy – niech za przykład posłuży nam „Moda na sukces”. Kto śledził losy rodziny Forresterów? Może to być kolekcjonowanie kapsli, albo podkładek pod kubki, które zabieramy ze sobą z baru. Te przyjemności powodują u nas zakłopotanie, gdy ktoś o nie zapyta, ale jednocześnie nie mamy ochoty się ich pozbyć, bo sprawiają nam frajdę, a przecież życie składa się też z takich małych radości.  Świadczą też o tym, że jesteśmy ludźmi z krwi i kości, a nie zaprogramowanymi robocikami.

 

Moja lista guilty pleasures

 

Serial „Rodzinka.pl”

Może to nie jest serial najwyższych lotów, ale podoba mi się jego życiowość. Rodzice trójki chłopców nie są idealizowani. Nie zawsze mają czas dla swoich pociech, krzyczą, cieszą się z wolnej chaty, robią imprezy w domu. Nie oszukujmy się, świat nie zawsze jest idealny, a ja jako mama czasami przypominam serialową Natkę graną przez Małgorzatę Kożuchowską. Obejrzałam wszystkie odcinki, nawet te zaległe.

 

Pizza

Staram się odżywiać zdrowo, kupuję jak najmniej przetworzone produkty, gotuję obiady w domu itd. Ale… czasami wyskoczę na pizzę do mojej ulubionej pizzerii. Od czasu do czasu taki wypad jest mi potrzebny. Zaraz potem wracam do moich zdrowych nawyków żywieniowych. Myślę że sporadyczne jedzenie na mieście krzywdy nam nie zrobi. No i ta pizza smakuje obłędnie i kojarzy mi się z dzieciństwem, kiedy wspólnie z rodzicami przyjeżdżaliśmy do Olsztyna (mieszkałam wtedy w miasteczku pod Olsztynem), by rozkoszować sie jej smakiem. Po dziś dzień zamawiam ciągle ten sam rodzaj pizzy, mimo że w karcie jest kilkanaście pozycji.

 

Słodkości

Kiedyś jadłam tony słodyczy. Po obiedzie, do kawy, w trakcie pracy, wieczorem do filmu, w podróży, w kinie. Gdy zaczynałam jeść czekoladę, musiałam zjeść całą tabliczkę, a i wtedy nie byłam nasycona. Cukier potrafi uzależniać, dobrze o tym wiemy i w nadmiarze jest szkodliwy. Ograniczyłam jego ilość do minimum. Częściej używam zamienników typu miód, syrop klonowy a nawet banan by potrawy nabrały smaku. Zdarzają się jednak dni, szczególnie wtedy gdy dopada mnie chandra, gdy sięgam po coś słodkiego. Może to być czekolada, wafelek, cukierek lub jakiś pyszny deser. Nie pochłaniam dużych ilości, staram się zachować umiar, ale po prostu muszę w tym momencie zjeść coś słodkiego. Ostatnio zrobiłam sobie pavlovą, była tak pyszna, że nie poprzestałam na jednym kawałku.

 

 

Romantyczne komedie

Uwielbiam romantyczne komedie i oglądam nawet te najbardziej kiczowate. Podczas takiego seansu po prostu świetnie się relaksuję. Obejrzałam chyba wszystkie romantyczne komedie jakie kiedykolwiek zostały nakręcone, a przynajmniej mam takie wrażenie. A moje ulubione to „Holiday”, „Pamiętnik”, „Czas na miłość”, „Bridget Jones” (wszystkie części), „Masz wiadomość” i wiele innych. Mój mąż przeważnie zasypia podczas takiego seansu, a ja dobrze się bawię. :)

 

Lekkie książki podszyte romansem

Co prawda nie są to Harlequiny (ktoś pamięta tę serię?), ale przeważnie książki Emily Giffin, Jojo Moyes, Grocholi, czyli taka lekka, wakacyjna literatura. Czyta się je przyjemnie i szybko. Kiedyś postanowiłam sobie, że nadrobię, wszystkie ważne i kultowe książki, ale potem stwierdziłam, że przecież nie muszę nikomu nic udowadniać i będę czytała to, na co aktualnie mam ochotę.

 

Ładne notesy

Mam słabość do ładnych zeszytów i notesów. Nie kolekcjonuję ich i kupuję nowe dopiero gdy zapiszę stare, ale starannie wybieram każdy nowy egzemplarz. To nie może być zwykły zeszyt ze sklepu papierniczego, ale taki, który pięknie się prezentuje także na zdjęciach. Praktycznie wszystkie zeszyty kupuję w TK Maxxie, bo tam jest ich największy wybór.

 

Program telewizyjny – „Apetyt na miłość”

„Apetyty na miłość” to program rozrywkowy emitowany w TVN Style w niedzielę po 22:00.  Jest to coś na kształt randki w ciemno. Kobieta lub mężczyzna na podstawie menu wybiera kandydata do randki. Czasami sytuacje jakie z tego wynikają są bardzo zabawne a dodatkowo komentarze lektora dodają szczypty pikanterii. Program stał się naszym wspólnym wieczornym rytuałem.

 

Kolorowe czasopisma typu „Party” i „Show” podczas wizyty u fryzjerki

Przestałam kupować magazyny modowe, które kiedyś kupowałam nagminnie i jestem dumna z tego mojego małego sukcesu. Ale gdy idę do mojej fryzjerki sięgam po najnowsze gazetki. Nie omijam takich czasopism jak „Party” i „Show”, choć sama bym ich raczej nie kupiła. Przeglądam głównie zdjęcia i czytam najnowsze ploteczki.

 

Zestaw kinowy – popcorn plus cola

No powiedzcie mi, że popcorn i cola w kinie to taka strasznie wstydliwa przyjemność. Nie piję coli na co dzień, wiem że jest niezdrowa i więcej w niej cukru niż czegokolwiek innego, a dodatkowo zawiera karmel. No ale kino bez popcornu i coli to nie kino, trudno bez tych dodatków skupić się na filmie, a uwierzcie mi próbowałam nie raz. Także, jak już idę do kina to zamawiam sobie taki zestaw. Czy to bardzo, bardzo, baaardzoooo źle?

 

Ogólnie nie lubię radykalizmu w żadnej dziedzinie, dlatego nie jestem ani wegetarianką, ani weganką, nie zarzekam się, że już nigdy nie zjem pizzy, ani tabliczki czekolady, albo że nigdy nie kupię niczego w Zarze. Choć wdrażam w moje życie zdrowe nawyki, jestem człowiekiem i zdarza mi się ulec zachciankom. Myślę, że wyjątek potwierdza regułę, a małe odstępstwo raz na jakiś czas nikomu nie zaszkodzi.

 

Trochę mi teraz głupio, że zdradziłam Wam moje małe wstydliwe przyjemności, ale liczę na to, że nie pozostaniecie dłużni i podzielicie się ze mną swoimi guilty pleasures w komentarzach.

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)