Mój sposób na motywację, gdy dopada mnie niemoc

by Dorota Zalepa
33 komentarze

Przychodzi czasem taki dzień, szczególnie po okresie wzmożonej pracy i produktywności, że zupełnie nic mi się nie chce. Leżę dłużej w łóżku, przeglądam Internet, pochłaniają mnie jakieś mało istotne sprawy, które w żaden sposób nie przybliżają mnie do celu i nawet nie są super interesujące. Wpadam w trudny do określenia stan zawieszenia.

 

Wiele czynności wykonuję zupełnie mechanicznie, bez zwracania uwagi na ich jakość. Doskonale wiem, że powinnam zająć się czymś bardziej produktywnym, bo praca czeka, projekty i plany też. Może to być sygnał organizmu, że pora zwolnić, odpocząć i wtedy bez wyrzutów sumienia odcinam się od świata i angażuję w sprawy zupełnie nie związane z pracą, to też trudna umiejętność, ale warta praktykowania. Czasem jednak dopada mnie taki marazm, że za nic w świecie nie mogę zmobilizować się do działania. Zaczynam marudzić i zwalać winę na cały świat. Wymyślam milion powodów, dla których absolutnie nie mogę zabrać się do pracy. W tym czasie ani nie odpoczywam, bo wyrzuty sumienia wiercą mi dziurę w głowie, ani nie pracuję. Jestem gdzieś pomiędzy i to strasznie mnie denerwuje. Jak gdybym odwiesiła życie na haczyk i stanęła obok.

 

Nie wiem czy Was też dopadają takie stany, ale ja walczę z nimi od dawna, praktycznie odkąd jestem na swoim. Niełatwo o motywację, gdy nie mam z góry ustalonego grafiku zajęć, jaki obowiązuje w pracy na etacie. Nie mam szefa, który rozliczałby mnie z wykonanej pracy. Muszę polegać wyłącznie na sobie. Owszem rodzina jest pomocna, dopinguje mnie, gdy mam gorszy dzień; namawia na odpoczynek, gdy tego potrzebuję; upomina, bym zajęła się jednym zadaniem na raz, ale przede wszystkim rozumie specyfikę mojej pracy. Mam jednak jeden niezawodny sposób, który dość szybko stawia mnie do pionu. Ktoś powiedziałby, że po prostu trzeba wziąć się w garść i zabrać do roboty, ale niestety na mnie to nie działa. WEŹ SIĘ W GARŚĆ, DOROTA! Nieee, zupełnie nie pomaga!

Jestem pracowita, nie dotyczy mnie zjawisko słomianego zapału, jak zabieram się za coś to dłubię aż mi wyjdzie. Tak naprawdę to największa trudność polega nie na całym procesie, który wymaga zdobywania nowej wiedzy, inwestowania czasu i pieniędzy, przełamywania granic i wychodzenia ze strefy własnego komfortu. Najtrudniej jest zrobić pierwszy krok. Potem już koło zaczyna się toczyć, realizuję kolejne zadania i zdobywam nowe szczeble na drodze rozwoju osobistego, czy przedsięwzięcia, którego się podjęłam. Pierwszy krok jest w moim przypadku działaniem kluczowym. Ale jak go wykonać, gdy nic, ale to nic mi się nie chce?

 

Skupiam się przede wszystkim na początkowym etapie zadania. Nie na wyniku, ani nawet na całym procesie i wszystkich cegiełkach, które muszę ułożyć by wybudować dom. Zaczynam od fundamentów, nawet nie zakładam że całość się uda, po prostu podejmuję się pierwszego działania. I tu możemy dopasować wiele sytuacji z naszego życia. Szukasz pracy? Przygotuj sobie najpierw dobre CV. Chcesz założyć bloga? Napisz pierwszy tekst w Wordzie – nie myśl o HTML’u, umiejętnościach fotograficznych, SEO, to wszystko przyjdzie z czasem. Marzysz o własnej książce? Zacznij od naszkicowania konspektu. A może masz w domu bałagan, dzieci płaczą, czujesz się zaniedbana jako kobieta, bo nigdy nie masz czasu dla siebie? Zacznij od energetycznego prysznica, który pobudzi Twoje krążenie i zregeneruje siły. Reszta potoczy się dalej. Chcesz założyć firmę, ale nie wiesz jak się za to zabrać? Ja zaczęłam od nawiązywania kontaktów i sprzedawania swoich produktów na aukcji.

 

Dzisiejszy poranek był jednym z takich dni, kiedy zupełnie nie mogłam zmotywować się do pracy. Może dlatego, że ostatnie tygodnie działam na zwiększonych obrotach, blog fajnie się rozkręca, nawiązałam sporo nowych kontaktów zawodowych i mam w planach ciekawe projekty. Dziś jednak obudziłam się później niż zwykle, wzięłam do ręki telefon i zaczęłam przeczesywać Internet – to jeden z największych pożeraczy czasu i bardzo pilnuję, by nie rozpoczynać od niego dnia. Nie żebym nie lubiła, to też jest rozrywka, ale nie o ósmej rano, gdy przede mną pracowity dzień. Zazwyczaj o dziesiątej jestem już po śniadaniu, mieszkanie jest ogarnięte, synek przygotowany do szkoły i ma czas wolny dla siebie, a ja zaczynam pracę.

Dziś zebrałam się do pracy dopiero o dwunastej! Porażka! Co działo się pomiędzy pobudką a dwunastą? Jak zmotywowałam się do tego, by zacząć działać produktywnie, czego efektem jest m.in. dzisiejszy wpis, zakup akcesoriów fotograficznych do poniedziałkowego postu i sesja fotograficzna? Siedziałam na balkonie i rozmawiałam z mężem, marudząc, że nie mam weny i dzisiaj absolutnie nic nie powstanie, w mieszkaniu panuje bałagan, łóżka nie pościelone, obiadu nie będzie, pasuję. Rozmowa i narzekanie nic nie dały, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej pogrążyły mnie w niemocy.  W końcu to ja, a nie mój mąż i cały świat, jestem odpowiedzialna za to jak się czuję i co zrobię z resztą dnia. Nie zastanawiając się dalej, wstałam i rozpoczęłam pracę… nad sobą. Na początek postanowiłam zrobić mały rozruch, czyli lekką gimnastykę i zaprosiłam do zabawy synka. W ten sposób pobudziłam organizm, przestałam myśleć o swojej dzisiejszej sytuacji i przestawiłam się na tory działania. Wytworzyły się endorfiny, które załatwiły resztę. Zauważcie, że nie rozpoczęłam od razu od pracy, ale zrobiłam pierwszy krok w kierunku poprawienia swojego samopoczucia. Wyłączyłam telefon, nastawiłam energetyczną muzykę i zaczęłam się ruszać. Potem poszło już lawinowo. Szybko ogarnęłam mieszkanie (zajęło mi to 30 minut), doprowadziłam się do ładu i zasiadłam do pracy. Bez rozpraszania swojej uwagi na poboczne zajęcia.

 

Nie łapię kilku srok za ogon w danym momencie, bo wiem, że jest to mało efektywne. Wykonuję zadania po kolei – śniadanie, porządki, odpowiadanie na maile, szkic postu, spacer z synkiem do szkoły (fajna odmiana od przesiadywania przy komputerze), zakupy, zdjęcia i obiad (dziś szybkie, awaryjne danie – zapiekanka z warzywami), wieczorem publikacja i jogging. Weszłam na tory swojego rytmu. Wystarczył pierwszy krok – poranna gimnastyka. To oczywiście nie muszą być ćwiczenia. Mnie akurat dziś pomogły, ważne by wyrwać się z marazmu poprzez jakąś radykalną zmianę. Zamiast leżeć wstaję i biorę prysznic, zamiast siedzieć i marudzić, ćwiczę, albo ogarniam mieszkanie. Wyrywam się ze stanu zawieszenia, robię pierwszy krok.

 

Jestem ciekawa, czy dopadają Was czasem takie dni jak ten mój dzisiejszy. Jak sobie z nimi radzicie? Może jesteście zorganizowani i zmotywowani każdego dnia? Co jeśli motywacja spada? Jakie są Wasze sposoby na jej utrzymanie? Mój już znacie, jest naprawdę skuteczny, zachęcam Was do wypróbowania, a jeśli pomoże, podzielcie się ze mną efektami. Feedback od Was jest dla mnie bardzo ważny.

 

Zapisz się na Kameralny Newsletter i zyskaj dostęp do dodatkowych materiałów i treści. :)

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy