fbpx

Ciemne strony slow life

by Dorota Zalepa
16 komentarzy

Wielokrotnie doświadczyłam tego, jak pozytywne skutki przynosi uważne i świadome podejście do życia, mody, odżywiania i pielęgnacji. Odkryłam też, że nie potrzebuję wiele, by czuć się szczęśliwą, a uwolnienie z nadmiaru, redukuje napięcie i stres. Ale slow life, jak wszystko inne, w nadmiarze także może szkodzić. Przekonałam się o tym w różnych sytuacjach wpadając w pułapkę życia zgodnie z przyjętą definicją. Nie wypada być rozrzutnym, lekkomyślnym, a nawet spontanicznym. Bilans i tak wychodzi na plus, więc absolutnie nie zamierzam zrezygnować z życia w wersji slow, ale warto mieć świadomość tego, że nie zawsze wszystko wygląda tak różowo, jakbyśmy chcieli.

 

Slow life to twór, którego korzeni należałoby upatrywać w slow food. Ruchu, który narodził się w latach 80. XX wieku. Jego założycielem był Carlo Petrini sprzeciwiający się rosnącym jak grzyby po deszczu fast foodom. Slow food mówi o tym, by celebrować posiłki, wspierać tradycyjne receptury i lokalne inicjatywy. Powinniśmy spożywać je bez pośpiechu, delektować się smakiem i jakością potraw przygotowywanych z sercem i z najlepszych lokalnych specjałów. Slow food rozprzestrzeniło się na cały świat, a wraz nim przyszedł czas na slow life, slow fashion, slow beauty itd. Wszystko w zasadzie może być slow.

 

Slow life, potrzeba czy moda?

 

Czy przypadkiem nie jest tak, że slow stało się swego rodzaju modą? Trendem, który jest nam zgrabnie podsuwany przez speców od marketingu? Wybierając uważne życie częściej sięgamy po książki o tej tematyce; kupujemy produkty, które pod szyldem tradycyjnych wyrobów są znacznie droższe; kosmetyki, które co prawda mają naturalne składy, ale też nie zawsze nam służą. Wybieramy slow wakacje, slow samochody, slow ubrania, a przy okazji nakręcamy konsumpcję tychże produktów. Co narodziło się pierwsze? Potrzeba bycia slow, czy moda? Czy slow life to nie jest przypadkiem zdrowy rozsądek i życie, które tak naprawdę jest nam znane od czasów naszych dziadków i pradziadków? Przecież starsze pokolenia doskonale wiedziały jak cieszyć się chwilą, korzystać z darów natury, tworzyć własne wyroby i naprawiać, zamiast kupować nowe. Czy rzeczywiście musimy się tego uczyć od nowa?

 

Informatyzacja życia

 

Myślę, że mimo wszystko trend na bycie slow jest odpowiedzią na nasze potrzeby i pędzącą informatyzację wielu dziedzin życia. Dziś, jak nigdy wcześniej, żyjemy w sieci, porozumiewamy się przy pomocy smartfonów i komunikatorów, umawiamy się na randki poprzez portale społecznościowe i oceniamy wartość naszej pracy przez pryzmat lajków na Facebooku czy Instagramie. Myślę, że potrzeba bycia slow jest wynikiem przesytu technologicznego, nieustannego dążenia do bycia lepszym, nadążania za trendami i wybujałej konsumpcji. Rzeczy, które kupujemy tak szybko wychodzą z mody, że zanim się obejrzymy a już jesteśmy oldschoolowi i vintage. Wynikiem tego pędu są bunt i niezgoda na taki świat. Chcemy zauważać uśmiech dziecka, a nie oglądać jego zdjęcie na Facebooku, podczas gdy dziecko jest pochłonięte nową grą na tablecie. Chcemy autentyczności, a nie wyidealizowanych obrazków z Instagrama, bo przecież my tak nie wyglądamy. Mamy zmarszczki, cienie pod oczami, rozstępy po porodzie i wcale nie chcemy się ich wstydzić.

 

Moda na perfekcyjność rodem z Instagrama

 

Slow life może nas zakuć w kajdanki perfekcjonizmu. Idealne, jasne, niezagracone wnętrza; zdrowe, zbilansowane posiłki niezawierające cukru, laktozy, glutenu; szafa składającą się z niewielkiej ilości rzeczy, ale za to super luksusowych i modne wakacje. Nie do Bułgarii, Tunezji, czy nawet Chorwacji, która była modna kilka lat temu. Teraz te kierunki już się tak nie lajkują. Wybierzmy Dominikanę, Bali, Kubę albo jedną z wysp – Santorini, Sardynię, Sycylię. Korzystanie z biur podróży też oficjalnie uznane zostało za obciachowe, lepiej zorganizować wycieczkę na własną rękę, nawet jeśli oferty Last Minute są atrakcyjniejsze. Czy aby nie zagalopowaliśmy się za bardzo w byciu slow?

 

Nieidealna szafa

 

Innym przykładem jest szafa. Miejsce, które każda kobieta chciałaby mieć dobrze zorganizowane. Tak, by wyjmując jedną rzecz, natychmiast znaleźć następną idealnie pasującą do pierwszej. Chcemy zawsze wyglądać szykownie i w dobrym guście. Budując swoją garderobę odkryłam jedną istotną rzecz, ona nigdy nie będzie idealna, tak jak ja nigdy nie będę perfekcyjna. Od perfekcji trzymam się z daleka, bo to największa przeszkoda na drodze do szczęścia. Nigdy nie jest dość dobrze, zawsze może być lepiej. Ale lepsze jest wrogiem dobrego i jeśli chcemy się rozwijać i prowadzić życie pełne satysfakcji, musimy zgodzić się na nieidealność, także w szafie.

Gdy już upatrzymy sobie jakąś rzecz, proces decyzyjny odnośnie jej zakupu wydłuża się w nieskończoność, bo być może to, co akurat wybraliśmy nie jest dość dobre, może znudzi nam się po tygodniu, albo znajdziemy coś lepszego za kilka dni. Wahamy się, odkładamy, wychodzimy, by za jakiś czas wrócić do sklepu zobaczyć, że danej rzeczy już nie ma. Ktoś podjął szybką decyzję. Chodzimy w starych butach, które już dawno przestały nam służyć, kurtce, która nie jest dość ciepła, bo nie znaleźliśmy ideału. Tylko że tego ideału możemy nie znaleźć nigdy i czasami potrzebny jest kompromis.

 

Absurdy minimalizowania liczby rzeczy

 

Slow life to także pozbywanie się nadmiaru rzeczy w naszych domach. Wszystkiego co jest niepotrzebne, stare, zniszczone i brzydkie. Tutaj także można popaść w przesadę. Wyrzucamy i pozbywamy się rzeczy pochopnie, pod wpływem impulsu. Cały czas wydaje nam się, że nasze domy nie są dość dobrze oczyszczone z nadmiaru. Nie wiemy co zrobić z rzeczami, które budzą u nas wspomnienia. Każda szafka musi być sterylnie czysta, przestronna i zawierać tylko to, co potrzebne. Każda przyprawa musi mieć oddzielny słoiczek z piękną etykietką. Ubrania muszą być posegregowane kolorami i złożone zgodnie z zasadą Marie Condo. Kupując jedną rzecz pozbywamy się dwóch innych. W domu nie może być nawet najmniejszego ścisku. Ograniczanie rzeczy do pewnej określonej liczby jest tak sztucznym i nienaturalnym wytworem, który powoduje, że wpadamy w kolejną modną pułapkę minimalizmu. Staram się w tej kwestii zachować zdrowy rozsądek i zdrowe podejście do życia. Jeśli figurka przywieziona z ukochanej podróży, mimo że brzydka, nadal budzi miłe wspomnienia, nie pozbywam się jej. Co z tego, że produkty spożywcze nie mają swojego oddzielnego systemu segregacji. Czy to rzeczywiście jest wyznacznikiem szczęścia?

 

Co jest zdrowe?

 

Dbanie o zdrowe nawyki żywieniowe jest jak najbardziej dobre, ale nie popadanie w paranoję żywieniową, bo dochodzi do tego, że nie mamy już co jeść. Czujemy się zagubieni sprzecznymi komunikatami odbieranymi z różnych stron i programów o zdrowym odżywianiu. Jednego dnia coś jest zdrowe, innym razem powinniśmy trzymać od tego z daleka. Kontrolujmy naszą żywność ale nie popadajmy w skrajności. Czerpmy przyjemność z jedzenia. Zastanówmy się, czy rzeczywiście dieta bezglutenowa lub pozbawiona laktozy jest dla nas odpowiednia. Czy zjedzenie pizzy na mieście lub batonika raz na jakiś czas zrobi nam krzywdę?

 

Oszczędność czy skąpstwo

 

Slow to także oszczędne i ekologiczne życie. Istnieje wiele sposobów na oszczędzanie i warto je wprowadzać w życie, ale pamiętajmy też o tym, byśmy umieli korzystać z życia już teraz. Istnieją obszary, na których nie warto oszczędzać. Wiele osób, które postanawia żyć uważniej, zaczyna odmawiać sobie różnych przyjemności. Bo przecież jeśli zapytają siebie, czy coś jest im rzeczywiście potrzebne to odpowiedź zazwyczaj jest negatywna. Człowiek do przeżycia potrzebuje naprawdę niewiele. Nie musi chodzić do kina, restauracji, wyjeżdżać na wczasy, kupować nowego telefonu, aparatu fotograficznego, laptopa, ubrań, kosmetyków. Może zaoszczędzić na tych rzeczach zbierając na swoją przyszłość. Tylko co z tym życiem, które toczy się teraz? Owszem walczymy z nadmierną konsumpcją, każdy intuicyjnie czuje gdzie leży granica. Czy wykupienie karnetu na basen i siłownię, jest już przekroczeniem tej granicy? Albo kolejnej pary dżinsów i nowej torebki? Przekraczamy granicę wtedy, gdy nowa rzecz, czy doświadczenie nas już nie cieszą. Są chwilowym zaspokojeniem wybujałych potrzeb. Pieniądze są też po to, by je wydawać, tylko warto to robić z głową. I tak, oszczędzajmy na naszą przyszłość, ale żyjmy też teraz, bo nie mamy pojęcia ile jeszcze czasu nam zostało.

 

Staram się zachować umiar i zdrowy rozsądek we wszystkim. Zasada złotego środka sprawdza się chyba najlepiej w większości spraw. Ze wszystkim można przesadzić, także z byciem slow. Nie musimy sztywno trzymać się definicji, odhaczać kolejnych punktów uważnego życia. Postępujmy tak, by czerpać z niego radość, nawet jeśli potrzebujemy do tego nowej pary butów.

 

 

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy