fbpx

Co jest moją miarą sukcesu?

by Dorota Zalepa
34 komentarze

Ostatnie dni są dla mnie niezwykle miłe. Z jednej strony wiosna wlewa we mnie pozytywne uczucia, co prawda nadal przesilenie wiosenne sprawia, że czuję się zmęczona, ale szczęśliwa widokiem słońca. Z drugiej strony przeczytałam zupełnie niespodziewaną ilość miłych i ciepłych słów na temat mojego bloga, które pojawiły się w związku z akcją Share Week.

 

Gdy Czytelnicy, dla których piszesz, doceniają Twoją pracę, piszą o Tobie w sposób, o którym marzyłaś przez ostatnie dwa lata, to wiesz już, że było warto spędzać długie godziny tworząc nowy post, zdjęcia, dopinając projekt. Nie wiem jak ja się Wam wszystkim odwdzięczę. Mogę podziękować i obiecać, że będę dalej robić swoje, najlepiej jak potrafię.

Wydarzenia ostatnich dni, a także lektura książki Reginy Brett, skłoniły mnie do refleksji. Zaczęłam zastanawiać się co jest dla mnie miarą sukcesu?

 

Jako sportowiec, który odnosił sukcesy na arenie międzynarodowej, wiem jak one smakują. Wiem jak to jest stanąć na podium i usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego. W moim przypadku nie było to jakieś spektakularne uczucie, a raczej ulga, że udało mi się dojść do miejsca, o którym marzyłam od samego początku kariery sportowej. Gdy pierwszy raz weszłam na salę treningową pomyślałam sobie, że nie zależy mi na tym by zostać Mistrzynią Polski, ja chcę zostać Mistrzynią Świata! I byłam przekonana, że mi się uda. Wierzyłam w to, że dam radę. Może na przekór swoim warunkom fizycznym, rodzinie, która stawiała raczej na moją siostrę, a może dlatego, że chciałam udowodnić sobie, że potrafię sięgać po swoje marzenia.

 

Postawiłam poprzeczkę niezwykle wysoko i zrobiłam wszystko co w mojej mocy, a nawet to co ponad moje siły, by zdobyć złoto. Z perspektywy czasu, nawet nie wiem, czy było warto. Sukces był okupiony wyrzeczeniami, nie miałam kontaktu z rodziną, żyłam na walizkach, a jedynymi przyjaciółmi, byli inni zawodnicy. Żyłam sportem. Nie zastanawiam się co, by było gdyby mój tata nie zapisał mnie na treningi, bo to nie ma sensu. Moja przeszłość mnie ukształtowała, a sport nauczył systematyczności i wytrwałości, którą teraz wykorzystuję w blogowaniu.

 

Radość z medalu zawsze trwała krótko. Tuż po powrocie trzeba było zacząć treningi na nowo i rozpocząć przygotowania do kolejnych zawodów. Teraz było jeszcze trudniej, bo trzeba było udowodnić sobie i innym, że mój sukces nie był przypadkowy i że potrafię go powtórzyć. Podobnie jest z blogowaniem. Od początku chciałam by stało na jak najwyższym poziomie, dlatego zaczęłam poświęcać mu bardzo dużo czasu, a mój wrodzony perfekcjonizm nie pozwalał mi spocząć na laurach. Nie, nie czuję się, żebym była na mecie. Do mety jeszcze daleko, cały czas widzę swoje niedociągnięcia i wiem, że można zrobić coś lepiej.

 

Te miłe słowa, które czytam ostatnio pod moim adresem są dla mnie ogromnym sukcesem. To coś jak zdobycie złotego medalu, po wielu latach treningu. Przestałam nawet na chwilę publikować nowe posty, bo pomyślałam sobie, że skoro nie mam jakiegoś spektakularnego pomysłu, który mogę zrealizować na dobrym poziomie, to nie warto nic dodawać. Uświadomiłam sobie jednak, że wpadam w jakąś szufladkę perfekcjonizmu, w którym nie ma miejsca na pomięty list. Chciałam zasługiwać na te słowa. Tak jak przez wiele lat treningów, chciałam zasługiwać na złoty medal.

A potem sięgnęłam po książkę Reginy Brett i przeczytałam takie słowa: Nie musisz starać się ze wszystkich sił, żeby osiągnąć sukces. I uderzyło mnie to, że nie zawsze musi być idealnie, że przecież w niedoskonałości tkwi siła, i że sama szukam tej naturalności na innych blogach, a nie wymuskanego, idyllicznego życia, w którym, nie ma miejsca na podkrążone oczy, brudne naczynia, kurz na szafce, czy obiad z mikrofali.

 

Moje życie nie jest idealne. Czasem jestem potwornie zmęczona, czasem zupełnie nie mam weny i pomysłu, czasem jestem totalnie przybita. Tak samo było na treningach. Męczyłam się niemiłosiernie na treningach biegowych, nienawidziłam ich, ale wiedziałam, że muszę biegać, by poprawić choć odrobinę moją wrodzoną słabą wydolność płuc. Na zgrupowaniach byłam czasem tak zmęczona, że marzyłam o jakiejś kontuzji, by położyć się i leżeć tak przez kilka dni. Dojazd na zawody, ważenie i czekanie na sali na pierwszą walkę, ze ściśniętym od stresu żołądkiem, sprawiał, że pytałam samej siebie co ja tutaj robię, po co mi to wszystko. Dopiero potem, gdy okazało się, że wygrałam, dałam z siebie 100%, zdobyłam wymarzony medal, czułam ogromną satysfakcję, ale też ulgę, że cała praca nie poszła na marne.

 

Wynik jest tylko zwieńczeniem całej drogi, którą pokonujemy by osiągnąć sukces. Ta droga jest czasem wyboista i kręta, czasem bardzo stroma. Jeśli dojdziemy do połowy, nie oznacza to, że ponieśliśmy porażkę, bo nie ukończyliśmy biegu. Wygraliśmy, bo pokonaliśmy połowę drogi. Sukcesem nie jest złoty medal, ale 14 lat ciężkich treningów i wyrzeczeń, które ukształtowały mój charakter i nauczyły mnie sięgać po nieosiągalne. Sukcesem jest każdy post, fotografia, projekt, które czasem powstają wiele dni. Sukcesem są relacje z nowymi ludźmi i nowe umiejętności, które nabyłam dzięki blogowaniu.

 

Nie wymagam już od siebie mistrzostwa świata, ani nawet miejsca na podium, choć jeśli się przytrafi, będzie mi niezmiernie miło, ale cieszę się z każdego punktu na trasie, którą pokonuję w moim prywatnym i zawodowym życiu. Miarą sukcesu jest droga, którą pokonuję każdego dnia, by stać się odrobinę lepsza niż wczoraj. Miarą sukcesu są ludzie, którzy dostrzegają i doceniają mój trud i są po to by otrzeć mi pot z czoła, bez względu na wynik końcowy. Dziękuję!

Kameralny Newsletter rusza już wkrótce, zapisz się i zyskaj dostęp do unikatowych treści i poradników. :)

 

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy

Close