fbpx

W pułapce minimalizmu

by Dorota Zalepa
55 komentarzy

Minimalizm dla każdego jest czymś innym. Dla jednych jest to ograniczenie posiadania wielu przedmiotów i celebrowanie doświadczeń. Dla innych jest to życie blisko natury, produkowanie żywności na własne potrzeby i/lub skupienie się na duchowej stronie życia. Minimalizm to także kierunek w sztuce, modzie, wnętrzach.

Dla mnie minimalizm to uwolnienie się od przywiązywania do jednej dziedziny. Kiedyś tą dziedziną był sport (pisałam o tym w poście – Jak odnaleźć pasję na nowo), który spowodował odizolowanie się od rodziny i przyjaciół. Ok, powiecie, że profesjonalizm wymaga poświęceń. Podobnie podchodziłam do tematu, uważając, że jeżeli chcę być naprawdę dobra, muszę dokonywać właściwych wyborów. Z biegiem czasu patrzę na sprawy nieco inaczej. Staram się odnaleźć w życiu balans pomiędzy posiadaniem i doświadczaniem. Przesadne pozbywanie się rzeczy, życie z minimalną ilością przedmiotów, czy eksperymenty typu przeżyję rok bez kupowania nowych ubrań, owszem mogą nas oduczyć nadmiernego konsumpcjonizmu, ale możemy także wpaść w pułapkę bardzo ukierunkowanego, i ogałacającego nas ze spontaniczności, życia. Bo czasem fajnie jest wybrać się na zakupy! Zwyczajnie.

Wolność od minimalizmu

Mam wrażenie, że minimalizm stał się swego rodzaju filozofią, której, trochę dlatego, że jest modna i na topie, zaczynamy hołubić. Zrobiło się o niej głośno, nawet na tym blogu poruszam czasem kwestie minimalizmu, choć dla mnie oznacza on coś zupełnie innego, niż przedstawiane w wielu mediach treści. Z definicji minimalizm to ograniczanie się do niezbędnego do życia minimum. Szukanie szczęścia w prostocie. Pisałam Wam, że zamiast szukania jej w otoczeniu, szukam jej w sobie i relacjach z innymi. W pewnym momencie sama już chciałam ulec tej modzie, ale szybko i w porę obudziłam się z letargu i pomyślałam, że wpadam znowu w jakiś schemat życia, którego tak naprawdę nie czuję.

Przesadne pozbywanie się rzeczy, życie z minimalną ilością przedmiotów, czy eksperymenty typu „przeżyję rok bez kupowania nowych ubrań”, owszem mogą nas oduczyć nadmiernego konsumpcjonizmu, ale możemy także wpaść w pułapkę bardzo ukierunkowanego, i ogałacającego nas ze spontaniczności, życia.

Pieniądze są po to by je wydawać

Nigdy nie byłam przesadnie oszczędna i zawsze te pieniądze w jakiś cudowny sposób pojawiały się w moim życiu. Myślę, że to właśnie za sprawą tego, że nie są one dla mnie wyznacznikiem szczęścia, a pokazywanie nimi swojej wartości nigdy nie było moją domeną. Wolę schować metkę, niż gdyby inni mieli oceniać mnie po zawartości mojego portfela. Przyznaję nawet, że trochę głupio byłoby mi chodzić z torebką od Chanel, wartą 10 tys zł. Ona zwyczajnie do mnie nie pasuje, a z drugiej strony uważam, że można piękną torebkę, wykonaną z dbałością i porządnej skóry, kupić za rozsądne pieniądze i taką chcę mieć.

Mam 3 torebki. Kilka par butów, ze 3 pary jeansów i dwie eleganckie sukienki. A po ostatnich czystkach w mojej szafie zapanowało echo, które na miarę moich możliwość zagłuszam. Nie patrzę na metki, ale na skład, dlatego jeśli coś kupuję, to raczej z naturalnych tkanin. Nie mam oporów przed uzupełnieniem garderoby o kolejne 2 torebki, parę jeansów, botki ze skóry i kamelowy płaszcz. Nie są one przecież niezbędne, ale przyjemnie byłoby je mieć.

Nie odkładam na czarną godzinę

Zaczęłam zarabiać mniej więcej w wieku 17 lat i od tamtej pory wszelkie wydatki takie jak wyjazdy, opłaty za kursy językowe i szkołę ponosiłam samodzielnie. Miałam dach nad głową, jedzenie, więc nadwyżki finansowe mogłam spożytkować na dowolny cel. Rodzicie nie upominali mnie bym oszczędzała. Myślałam czasem, że może warto odkładać na czarną godzinę, bo kiedyś obudzę się z ręką w nocniku, sport się skończy a ja zostanę bez grosza. Szybko jednak stwierdziłam, że takie myślenie do niczego nie prowadzi. Bo jeśli rzeczywiście w przyszłości nastąpi ta czarna godzina, to choć teraz skorzystam z życia! A tak, ani wtedy, ani później nie zaznałabym okresu wolności finansowej.

Rodzice nauczyli mnie, by do tematu konsumpcjonizmu podchodzić z głową, ale pokazali też, że warto korzystać z pieniędzy, które zarabiam. Warto płacić więcej, za dobrą jakość nie tylko ubrań, ale także życia. Mam na myśli na przykład podróże, których nie muszę doświadczać z plecakiem w ręku i autostopem, ale mogę, jeśli mnie stać spędzić tydzień w luksusowym hotelu. Mogę pojechać na weekend do SPA, albo zamówić lot pierwszą klasą.

Owszem, przeżyję z dwiema parami spodni, kilkoma T-shirtami i dwiema parami butów. Ale jeśli nie muszę to wolę mieć ich więcej i gdy nadarzy się okazja, zwyczajnie dobrze wyglądać i dobrze się czuć. Bo w zużytych spodniach i rozciągniętym i spranym T-shircie nie będę czułą się dobrze z pewnością.

Inwestycja w rozwój osobisty dziecka a minimalizm

Nie żałuję pieniędzy także na rozwój osobisty. Uważam, że to najlepsza inwestycja jakiej możemy dokonać, o ile dokonujemy jej świadomie, a nie dlatego, że inni tego od nas oczekują. Między innymi poprzez inwestowanie w rozwój własnych umiejętności , doświadczanie nowych, nieznanych nam wcześniej dziedzin, odkrywamy pasję, która może doprowadzić nas do udanego i szczęśliwego życia. Do pracy, która będzie jednocześnie naszym hobby.

Nie jestem zdania, że należy zapisywać dziecko na wiele dodatkowych zajęć, w myśl przysłowia, czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał. Przychodzi mi do głowy pytanie, czy w tym wypadku inwestujemy w dziecko i jego przyszłość, której i tak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy we własne ambicje? Pozwalam synkowi wybierać. Jeśli nie chce zapisać się na treningi piłki nożnej, albo rozwijać pływania, w którym jest naprawdę dobry, to nie zmuszam go, a jedynie podpowiadam. Jako doświadczony sportowiec, umiem dostrzec talent sportowy. Pewnie odziedziczył go po swojej mamie. W moim przypadku to właśnie lekkie zmuszenie mnie przez rodziców, spowodowało przygodę ze sportem, za co w sumie nie wiem czy powinnam być wdzięczna. Bo choć owszem osiągnęłam wiele, a sport był wielką pasją, to jednak zabrał mi dużo z życia prywatnego. Nie było czasu na spokojny wybór kierunku studiów. Przez większość czasu posiadałam indywidualny tok nauczania. Nie miałam czasu na studenckie życie, niesportowe podróże, czy zwykłe wyjścia do kina, a święta niejednokrotnie spędzałam przy stole wraz z innymi zawodnikami. Dlatego nie forsuję swojej wizji życia, choć czasem mnie kusi. Rozmawiam i pytam, staram się być słuchającym doradcą.

 

Minimalizm oznacza dla mnie wierność sobie i swoim uczuciom. To wolność zarówno od nadmiernej konsumpcji, jak i minimalizmu stwarzającego poczucie pozornej wolności, w której pilnuję by nic ponad to, co jest mi niezbędne, nie trafiło pod strzechy mojego domu. Nie buduję światopoglądu przez pryzmat tego co akurat jest modne, chyba że jest to zgodne z moimi przekonaniami zbudowanymi na doświadczaniu życia. Staram się nie ulegać wszelkim wpływom i filozofiom, które ograniczają moje życie, pozbawiają radości i spontaniczności, oraz pod przykrywką dobra, sieją spustoszenie wewnętrzne.

 

 

Jeśli spodobał Ci się post, zachęcam Cię do śledzenia bloga na Bloglovin, dołączenia do mnie na Facebooku lub Instagramie, a jeśli chcesz utrzymywać ze mną bardziej prywatny kontakt, zapisz się do Kameralnego Newslettera :)

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy