fbpx

Wakacje nad polskim morzem

by Dorota Zalepa
28 komentarzy

Możemy mówić o polskim morzu, że to miejsce gdzie króluje kicz i chińszczyzna wylewająca się ze straganów, że plaża jest poprzecinana parawanami, które utrudniają dostęp do morza, że w tle słychać przeboje disco polo, a świeżą rybę częściej zjemy na Mazurach, niż nad polskim morzem. Sporo w tych opowieściach prawdy. Za każdym razem gdy jestem nad Bałtykiem czuję się lekko zażenowania tym, że od wielu lat lokalna rozrywka pozostaje na tym samym poziomie. Współczuję też mieszkańcom, których miejscowości są sparaliżowane przez turystów w okresie letnim.

 

Jednak ja nad polskie morze nie jadę ze względu na stragany, turystów, parawany, czy nawet gofry, które w Olsztynie zjem bez problemu. Jadę po to, by zobaczyć piękne, piaszczyste i szerokie plaże, widok morza zlewającego się z niebem, usłyszeć szum fal i poczuć ten specyficzny mikroklimat, którego mogę doświadczyć właśnie tutaj.

Jeśli szukamy przede wszystkim dobrej zabawy, miejsc do zwiedzania, uroczych knajpek i kawiarni, to nad naszym morzem, w popularnych mniejszych miejscowościach turystycznych jest ich bardzo mało, aczkolwiek my trafiliśmy na takie miejsca. W większości jednak królują bary z szybkim i niezbyt zdrowym jedzeniem, piwo z nalewaka i kręcone lody. Nic jednak nie może równać się z porankiem na pustej plaży, gdzie chłodna bryza delikatnie smuga twarz, a ja zatapiam swoje myśli w głębi horyzontu. Nic nie może równać się ze spacerem o zachodzie słońca, kiedy niebo staje się purpurowe, ani z miękkim, złocistym piaskiem zapadającym się pod naszymi stopami.

To tutaj zapomniałam o całym świecie. Bo bliskość natury pomaga mi zupełnie się wyłączyć, poznać siebie, doświadczyć przemiany z osoby często zabieganej, zestresowanej, przepracowanej, dążącej do perfekcji, przejmującej się tym co powiedzą inni, w taką która potrafi zwolnić, zatrzymać się na chwilę, wsłuchać w siebie i drugiego człowieka, zachwycić otaczającym światem. Potrafi być sobą, nie nakłada masek, ponieważ dociera do wnętrza, w którym kryje się jej prawdziwe ja. To, które znamy z dzieciństwa. Bez makijażu, z luźno związanymi włosami, w wygodnych ubraniach, które nie krępują ruchów, gdy ma się ochotę podskoczyć z radości.

Nad morzem spędziłam tydzień. Większość czasu byłam w Sianożętach, ale chciałam też zobaczyć molo w Kołobrzegu i rozejrzeć się po Ustroniu Morskim. Obie te miejscowości sąsiadują z Sianożętami. Wystarczy wybrać się na spacer lub rowery, by dotrzeć do Ustronia. Do Kołobrzegu jest nieco dalej, ale tylko nieznacznie, około 10 minut jazdy samochodem. Przymykałam oko na stragany i parawany, których akurat w Sianożętach nie było dużo, kiepskie jedzenie i nieciekawą infrastrukturę. Odnajdywałam perełki. Jak ta restauracja na molo w drodze do Ustronia, widoki z latarni morskiej w Kołobrzegu, pyszne naleśniki i pizza z pieca w Sianożętach.

Cieszyłam się zachodami słońca, cudownym zapachem, który dało się wyczuć już z drogi, bliskością z rodziną, wspólnymi spacerami, głębokim snem (wyspałam się tutaj chyba za wszystkie czasy), czytaniem i tym, że wstając rano, wiedziałam, że nic nie muszę. Nie muszę pisać, sprawdzać maili, planować zadań na nadchodzący dzień, robić zakupów, sprzątać i gotować. Mogłam z premedytacją „trwonić” czas na to, na co miałam akurat ochotę. Celowo użyłam tutaj słowa „trwonić”, które jest nacechowane negatywnie, ale ja nadałam mu na tym wyjeździe zupełnie inny wydźwięk. Bo marnowanie czasu, na to by być bliżej siebie, drugiego człowieka i natury, na zasłużony odpoczynek, jest wręcz wskazane!

 

Chętnie będę powracać nad Bałtyk, choćby na weekend. Ostatniego dnia czułam ogromną tęsknotę za tym miejscem, bo widoki tutaj są jedne z najpiękniejszych, jakie widziałam. A Wy co lubicie w polskim morzu?

 

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy