fbpx

Czy minimalizm i slow life to największe ściemy dzisiejszych czasów?

by Dorota Zalepa
21 komentarzy

Obejrzałam ostatnio film o minimalizmie – Minimalism: A Documentary About the Important Things, w roli głównej wystąpili autorzy bloga The Minimalists – Joshua Fields Millburn i Ryan Nicodemus, a gościnnie także Courtney Carver blogerka znana z projektu 333, Leo Babuta (Zen Habits), Joshua Becker (Becoming Minimalist). Czyli osoby bardzo kojarzone z minimalizmem, piszące o nim na swoich blogach, wydające książki na ten temat. Sam film jest bardzo ciekawy, warto obejrzeć i spróbować się do tego wszystkiego odnieść, nie przyjmować wszystkiego jako prawdy objawionej, ale skonfrontować te informacje z własnym życiem.

 

Z wieloma postulatami minimalizmu jest mi po drodze. Nadmiar rzeczy może przytłaczać i sprawiać, że poświęcamy im zbytu dużo czasu, zamiast wykorzystać go na relacje, rozwijanie własnych pasji, ciekawe doświadczenia. Nadmierny i kompulsywny konsumpcjonizm jest chorobą naszych czasów. Kupujemy wciąż nowe rzeczy, staramy się być na czasie z błyskawicznie zmieniającą się modą, gromadzimy pamiątki z podróży i gadżety elektroniczne.

 

Żyjemy szybko, starając się zarobić jak najwięcej, by utrzymać życie na wysokim poziomie. Zaciągamy kredyty, by kupić większe mieszkania i domy, które pomieszczą nasz majątek. Takie życie uzależnia i nakręca konsumpcję jeszcze bardziej. Filmiki prezentujące histerię klientów, tylko dlatego, że jakiś sklep zrobił promocję, zyskują ogromną popularność w sieci. Dziwimy się jak ludzie mogą z taką rządzą posiadania wyrywać sobie z rąk produkty, na które czekali kilka godzin w gigantycznej kolejce. Takie zjawisko jest dla nas niezrozumiałe. Łapiemy się za głowę, gdy widzimy, że z narażeniem życia walczą o upragnioną rzecz. Konsumpcjonizm i posiadanie stało się dużym zagrożeniem naszych czasów. Uzależnia i zniewala. Z takim podejściem do rzeczy trzeba walczyć. Odpowiedzią może być minimalizm lub mniej radykalna forma, ale także bardzo popularna- slow life, czyli uważne, celowe życie.

 

Minimalizm i slow life mogą przybierać formę pułapki. Potrzeba zwolnienia i uważniejszego, bardziej świadomego życia jest w naszych czasach silniejsza niż kiedykolwiek. Powstała swojego rodzaju moda na minimalizm i życie w rytmie slow. Pod szyldem uważnego i świadomego życia, kupujemy rzeczy sygnowane hasłem SLOW. Ubrania od krajowych projektantów, nawet jeśli ich cena jest zbyt wygórowana i  nieadekwatna do jakości. Omijamy sieciówki, bo nie mamy pewności jak traktuje się pracowników, którzy szyją ubrania i dodatki dla danej marki. Rzeczy muszą być drogie, jak najlepszej jakości, unikatowe. Oczywiście jestem za tym, by kupować dobrą jakość, bo tylko takie rzeczy przetrwają lata i zdaję sobie sprawę, że za dobrą jakość trzeba zapłacić więcej, ale to że cena jest wysoka i jakaś rzecz pochodzi z małej polskiej produkcji wcale tej jakości nam nie gwarantuje.

To co uderzyło mnie w filmie i z czym absolutnie się nie zgadzam to piętnowanie pracy w korporacji, zarabiania dużych pieniędzy, posiadania większej liczby rzeczy (trudno tutaj podać konkretne przykłady, chyba każdy z nas musi sam odpowiedzieć na to pytanie, czy przekroczył już jakąś granicę, czy jeszcze nie). Bohaterzy filmu mówią o zbawiennym i oczyszczającym działaniu pozbywania się rzeczy. W momencie kiedy wyrzucili przedmioty, których tak naprawdę nie potrzebowali, poczuli się wolni. Nadali całej procedurze uwalniania się od rzeczy wymiar terapeutyczny, wręcz mistyczny.

 

Pozbądź się nadmiaru, zostaw pracę w korporacji, rób to co kochasz, a będziesz szczęśliwy. To tak nie działa. To jak wpadanie z jednej pułapki w drugą. Przestajemy impulsywnie kupować i pracować po to, by posiadać coraz większą liczbę rzeczy. Przestajemy przywiązywać zbyt dużą wagę do rzeczy i posiadania, ale zaczynamy przywiązywać dużą wagę do pozbywania się ich i nieposiadania. Cały czas obracamy się w kręgu rzeczy. A przecież w uważnym życiu chodzi o coś zgoła innego.

Wyrzucenie połowy dorobku nie uczyni nas szczęśliwymi. Owszem to może być pierwszy krok na drodze do uważnego życia, który sprawi, że nadmiar przestanie nam towarzyszyć na co dzień i zajmować przestrzeń w życiu, którą będziemy mogli wypełnić czymś naprawdę wartościowym. Ale nawet jeśli zostawimy w mieszkaniu tylko jedną komodę, stół i dwa krzesła, nie będziemy przez to bardziej spełnieni. Pozbędziemy się bałaganu i zaoszczędzimy czas, który wykorzystywaliśmy na sprzątanie, ale nasze przywiązanie do rzeczy nie ulegnie zmianie. Musimy przede wszystkim zmienić nasze nastawienie do przedmiotów. Ich posiadanie lub brak nie mogą stać się głównym celem naszego życia. Nie każdy dobrze czuje się w sterylnym, pozbawionym rzeczy mieszkaniu i z szafą zawierającą kilkanaście ubrań.

 

Konsumpcja sama w sobie nie jest zła. Mamy prawo do radości, którą czujemy przy zakupie nowej, wymarzonej sukienki, albo prawo do tego by odnosić sukcesy i zarabiać duże pieniądze. Problem pojawia się wtedy, gdy konsumpcja przybiera formę kompulsywnej. Kupujemy wciąż nowe rzeczy, bo stare przestały być modne i szybko tracą status nowych, chcemy za wszelką cenę sprostać oczekiwaniom środowiska, w którym się obracamy, marnujemy jedzenie, żyjemy tak szybko, że nie starcza nam czasu na prawdziwe relacje, pasje czy odpoczynek. Jesteśmy zmęczeni, chorzy, uzależnieni od bycia w sieci. Poświęcamy mnóstwo czasu na wyszukiwanie nowości. Dążymy do ideałów, które zmieniają się wraz z nadejściem nowego tygodnia. Próbujemy sprostać kanonom urody i piękna, którym nie da się sprostać bez wizyty u chirurga plastyka. Zmieniamy się w kogoś kim tak naprawdę nie jesteśmy. Nie akceptujemy siebie i rzeczami  próbujemy zagłuszyć ten problem. Wydaje nam się, że ta nowa bluzka czy para butów sprawią, że nasza garderoba stanie się wreszcie idealna. Tyle tylko, że gdy już ją kupimy, pojawiają nowe potrzeby. I tak w kółko. Trzeba w pewnym  momencie powiedzieć stop!

 

Zdrowy rozsądek i niepopadanie w skrajności wydaje się być jedynym słusznym rozwiązaniem. Praca nad sobą i nad tym by nie pozwolić naszej konsumpcji się rozbujać to praca, która się nie kończy. Im bardziej odetniemy się od reklam, sklepów, internetu i zaczniemy prowadzić życie w naszej rzeczywistości, z ludźmi, w kontakcie z przyrodą, tym zapanowanie nad nią będzie prostsze. Ulegamy wpływom w mniejszym lub większym stopniu, często zupełnie nieświadomie i to jest zupełnie normalne. Nie jesteśmy przecież zaprogramowanymi robotami. W minimalizmie i życiu slow też można się pogubić.

 

Obejrzałam ten film z moim mężem, którego spokojnie mogłabym nazwać minimalistą. Nie dlatego, że ten styl życia stał się modny i on postanowił tak żyć, ale dlatego, że on taki po prostu jest. To są jego wybory bez względu na panujące mody. Nigdy wcześniej nie miał problemu z rzeczami i konsumpcją. Nie chce i nie potrzebuje nowych rzeczy, żyje oszczędnie, jest pro-ekologiczny, nie marnuje jedzenia, dba o środowisko. Pierwsze co nasunęło mu się na myśl po obejrzeniu filmu, to kariera i biznes jakie towarzyszą jego bohaterom. Oczywiście żadne z nas tego nie neguje. Wręcz przeciwnie. Jesteśmy zdania, że warto rozwijać się, osiągać sukces i w miarę możliwości zarabiać dobre pieniądze. Tylko czy aby na pewno jest to zmiana, o której mowa? Czy nie jest to dokładnie to samo, tylko podane w nieco innej formie?

Mój blog nie jest o minimalizmie, bo uważam, że jednak wiąże się on z jakimś radykalizmem, a ja nie lubię skrajności. Oczywiście minimaliści przekonują nas, że minimalizm wcale nie oznacza, że masz mieć za mało, a tyle ile trzeba. Dla mnie jednak minimalizm powinien być pewnym wyrzeczeniem i trudem. Powinien nas hartować. Kojarzy mi się z pustelniczym życiem. Skoro mam wystarczająco, nie jest to dla mnie wysiłek. Minimalizm to nie jest najnowszy model iPhone’a, to nie są wczasy na Malediwach w luksusowym hotelu, to nie jest styl życia, na który nie mogą pozwolić sobie ludzie zarabiający najniższą ani nawet średnią krajową, to nie jest ograniczanie rzeczy do tych najbardziej luksusowych.

 

Uważne życie jest dla mnie wyjściem pośrednim, bez popadania w skrajności w żadną ze stron. Bo ani nadmiar, ani pustelnicze życie, mi nie pasuje. Jak wygląda życie w wersji slow? Każdy z nas musi sam znaleźć odpowiedź na to pytanie pamiętając, że nie ma jednej konkretnej definicji. Dla mnie największą podpowiedzią jest mój wewnętrzny radar. Ja też wpadam w pułapki konsumpcjonizmu, podświadomie ulegam modom, choć wyznaję zupełnie inne zasady, chcę korzystać z życia i absolutnie nie odbieram sobie przyjemności z posiadania czegoś nowego. Ale moja intuicja mówi mi kiedy przekraczam granicę, kiedy ze zdrowego podejścia do posiadania i konsumpcji tworzy się coś chorego, co przestaje sprawiać przyjemność i zniewala.

 

Uzależnić można się od wszystkiego. Od minimalizmu i życia w rytmie slow także. Każdą propozycję życia przesiejmy przez pryzmat naszych wartości i priorytetów. Co jest dla nas ważne? Co daje nam szczęście? Jak chcemy żyć? Nikt nie odpowie na te pytania za nas.

 

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy

Close