fbpx

Beata Pawlikowska „W dżungli zdrowia” i wyzwanie zdrowotne

by Dorota Zalepa
68 komentarzy

Odkąd założyłam bloga znacznie więcej czasu spędzam przed komputerem. Bywa, że cały dzień, cały tydzień, cały miesiąc jestem online. Blogowanie wymaga ode mnie większej aktywności w Internecie, co niestety odbija się na moim zdrowiu. Zazwyczaj piszę na kanapie, przygarbiona, z laptopem na kolanach. Niestety za długo przy biurku nie wytrzymuję, bo od wielogodzinnego siedzenia przy komputerze bardzo bolą mnie mięśnie karku. Przygarbienie na kanapie to pozycja, w której nie odczuwam bólu, ale do prawidłowej postawy się nie przyczynia.

Blogowanie i aktywność internetowa sprawia, że godzinami przesiaduję w domu. Brak słońca, świeżego powietrza i ruchu, doprowadziło do tego, że wchodząc na pierwsze piętro mam zadyszkę. Brak mi energii, entuzjazmu i chęci do działania. Mam wrażenie, że mój organizm zaadaptował się do tej mniejszej aktywności fizycznej, przez co stałam się bardziej ospała. Krążenie zwalnia, mięśnie zanikają, nawet umysł staje się bardziej otumaniony. Tłumaczę to sobie pogodą, ale to nieprawda. W momencie gdy wyjdę na spacer, pod wpływem tlenu i przyspieszonego krążenia, błyskawicznie odzyskuję siły witalne.

beata-pawlikowska-w-dzungli-zdrowia

Przejdźmy do książki Beaty Pawlikowskiej W dżungli zdrowia, bo to o niej i jej wpływie na moje życie chciałam Wam dzisiaj napisać. Tematyka zdrowego odżywiania i zdrowia ogólnie co jakiś czas przewija się na blogu. Zaczęło się od przeczytania książki Julity Bator Zamień chemię na jedzenie i to ona zmieniła radykalnie moje podejście do tematu odżywiania i zakupu produktów spożywczych. W moim domu zmniejszyłam radykalnie zawartość chemii w pożywieniu. Niestety wiele grzeszków, takich jak jedzenie słodyczy, produktów z mąki pszennej, czy picie coli, wciąż jeszcze popełniam.

 

Zacznę od tego, że W dżungli zdrowia to pierwsza książka autorstwa Beaty Pawlikowskiej, którą przeczytałam. Nigdy nie pałałam jakąś szczególną sympatią do twórczości tej autorki i jej poglądów, nie interesują mnie tematy dotyczące podświadomości i jej wpływu na moje życie. Nie będę aż tak radykalna, żeby pisać, że to bzdury, ale wszelkie psychologiczne książki i ćwiczenia wpływające na moją podświadomość to dla mnie bardzo naciągane i dość niebezpieczne zjawisko. Dlaczego niebezpieczne? Dlatego, że odwołując się do różnych mocy, w tym mocy mojej podświadomości odwołuję się do sił, które mogą nie pochodzić od Boga. Nie szukam cudzych bogów, a takim jest właśnie potęga podświadomości. Dlatego po książki psychologiczne nie sięgam. Jeśli coś mnie trapi, sięgam (wciąż za rzadko) po Pismo Święte.

Książka ta jednak nie jest o potędze podświadomości, ale o zdrowym odżywianiu. Dostałam ją w prezencie urodzinowym i postanowiłam dać jej szansę. Czyta się ją niezwykle szybko, ponieważ zawiera w sobie dużo stron jedynie z cytatami lub krótkimi myślami autorki napisanymi ręcznym pismem.

w-dzungli-zdrowia-pawlikowska

Co w tej książce mnie się nie spodobało?

Jest napisana bardzo potocznym językiem. Po książce, jakiejkolwiek, spodziewam się jednak bardziej wyszukanego słownictwa. Przez co czułam się trochę jakbym czytała książkę dla dzieci. Zawiera bardzo dużo powtórzeń. Choć tematem jest zdrowe odżywianie, nie ma w niej konkretów. Sama autorka podkreśla, że nie podaje żadnych naukowych dowodów, pomimo że je zna, bo pewnie zanudziłoby to odbiorcę. Jeśli więc zależy mi na moim zdrowiu, to sama powinnam je znaleźć w Internecie. Zależy mi na zdrowiu i dlatego sięgnęłam po tę pozycję, licząc na to, że to właśnie w niej znajdę dowody stwierdzające szkodliwość niektórych składników żywności. Oczekiwałam przykładów zdrowych składów żywności i dań, które ukazały się dopiero w kolejnej książce autorki Moje zdrowe przepisy (ktoś czytał?). Pewnie zabieg jest czysto marketingowy, ale spowodował, że książka jest uboższa w wartościową treść. Business is business!

 

Beata Pawlikowska mówi nam czego nie jeść, co jest sztuczne, bo wyprodukowane przy użyciu chemicznych proszków, które nadają pożywieniu określony smak, zapach i strukturę. Mam wrażenie, że wciąż czytam to jedno zdanie. Nie mówi nam jednak, jaki konkretnie wpływ ma dana żywność na moje zdrowie, ani które składniki przyczynią się do powstawania chorób. Dowiaduję się jedynie, że chemia zawarta w jedzeniu zmienia działanie białek w moich komórkach. Jogurty, mleko i sok w kartonie, mięso i masło ze sklepu nie ekologicznego są niezdrowe. Ale przecież są różne rodzaje mleka, jogurtów i soków. Wszystko co jest w szczelnych opakowaniach (kartonowych, szklanych, plastikowych) jest niezdrowe. Według mnie to daleko idące stwierdzenie, którego autorka nie popiera żadnymi dowodami. Zdaję sobie sprawę, że w pożywieniu jest masa chemii, która przyczynia się do pogorszenia zdrowia człowieka. Jednak są w sklepach produkty, które mają bardzo dobry skład (część z nich podawałam tu i tu), a które zgodnie z zaleceniami autorki powinnam odstawić. Nie wiem właściwie dlaczego. Skład produktów powinniśmy sprawdzać także w sklepach ekologicznych. Książka Julity Bator pod względem konkretów i naukowych dowodów jest znacznie lepsza!

wyzwanie-zdrowia

W rozdziale Tego nigdy nie jem i nie piję Beata Pawlikowska wymienia produkty, których nie spożywa. Występują w nim prawie wszystkie produkty, które występują w moim i pewnie też Waszych domach. Mleko, mięsko, jogurty, konfitury, chleb, wędliny, które zostały kupione w nie ekologicznym sklepie. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wrzucać wszystkich tych produktów do jednego worka z niezdrową żywnością. Jest też rozdział, w którym autorka podaje przykłady produktów, które je. W większości są to kasze, orzechy, suszone owoce, zboża, warzywa i owoce. Książka daje bodziec i motywację do zmiany w odżywianiu, jednak nie daje środków i konkretnych propozycji jak tego dokonać.

 

Co mnie się spodobało?

To nie tak, że W dżungli zdrowia to pozycja zupełnie nie warta uwagi! Ma też swoje dobre strony. Przez ciągłe powtarzanie o szkodliwości chemii zawartej w pożywieniu sprawiła, że zaczęłam ponownie zgłębiać temat i postanowiłam nawet przeprowadzić mały eksperyment, o którym napiszę w dalszej części postu. Książka ma motywacyjny charakter i dla osób, które zupełnie nie zwracały uwagi na to co jedzą, zadziała jak solidne ostrzeżenie, a Ci którzy często chorują, być może spróbują zmienić swoją dietę. To jest niewątpliwa jej zaleta.

wyzwaniezdrowia

Moje osobiste wyzwanie zdrowotne

Od jakiegoś czasu zauważam u siebie pogorszenie samopoczucia. Choć nie choruję, to jednak mam znacznie mniej energii i sił. Książka B. Pawlikowskiej zmotywowała mnie by wprowadzić radykalne zmiany w moim odżywianiu i sposobie życia. Tak jak wspominałam na początku postu i niejednokrotnie ten temat pojawiał się na blogu, zwracam uwagę na składy i zawsze wybieram to, co jest jak najmniej przetworzone. Nie zamierzam rezygnować z zakupów w sklepach spożywczych, nie chcę rezygnować z mleka, jajek czy mięsa, uważam, że są potrzebne. Choć jestem świadomym konsumentem, zdarza mi się objadać słodyczami i jeść fast foody. Przez miesiąc, od dzisiaj wprowadzam zasady, które mam nadzieję, spowodują przypływ sił i energii do mojego organizmu.

 

  1. Zero słodyczy – żadnych batoników, czekolad, ciastek (chyba że owsiane, zrobione własnoręcznie). Będę używała miodu do słodzenia herbaty, i tylko jedną łyżeczkę nierafinowanego cukru trzcinowego do kawy.
  2. Zero fast foodów!
  3. Zamierzam pić znacznie więcej wody niegazowanej, zieloną herbatę, kawę zbożową i prawdziwe kakao.
  4. Zupełnie rezygnuję z alkoholu.
  5. Do obiadu częściej wybieram kasze i ryż.
  6. Płatki zbożowe, orzechy, suszone owoce serwuję sobie na śniadanie.
  7. Jem tylko chleb na zakwasie lub pełnoziarnisty, rezygnuję z bułek i chleba pszennego.
  8. Kupuję jajka od rolnika.
  9. Wędliny przygotowuję własnoręcznie, na przykład pieczony schab lub szynka.
  10. Jem tylko jogurty naturalne, świeże mleko mikrofiltrowane w niskiej temperaturze.
  11. Wprowadzam do swojej diety więcej owoców i warzyw sezonowych.
  12. Sięgam po kiszonki – ogórki i kapustę kiszoną.
  13. Codziennie wychodzę na spacer na świeżym powietrzu. Minimum pół godziny. Niby nic wielkiego, ale czasem te pół godziny staje się trudne niczym maraton.
  14. Stosuję umiarkowaną aktywność fizyczna 2-3 razy w tygodniu.
  15. Robię jeden dzień w tygodniu bez komputera (to chyba będzie najtrudniejsze)

 

Wydaje się, że to nie jest duże wzywanie, ale już wiem, że nie będzie łatwo szczególnie ze słodyczami, wyrobami z mąki pszennej (moje ulubione naleśniki) i wędlinami. Ten jeden dzień bez komputera też będzie dla mnie niezłym wyzwaniem. Po miesiącu opiszę moje doświadczenia w poście podsumowującym. Na moim Instagramie będę od czasu do czasu zamieszczać zdjęcia produktów i posiłków przeze mnie przygotowanych, byście wiedzieli, że nie jestem gołosłowna. Przygotowałam dla nich specjalny hashtag #wyzwaniezdrowotne, po którym łatwo poznacie, które zdjęcia dotyczą wyzwania.

 

W dżunglii zdrowia. Beata Pawlikowska31,90 zł 23,93 zł

 

Robię to głównie dla siebie, by poczuć się lepiej, a opisanie wyzwania na blogu, tym bardziej zmobilizuje mnie do zmian. Mam nadzieję, że będziecie mnie dopingować. Jeśli macie jeszcze jakieś rady, do których powinnam się zastosować, albo sami prowadzicie taki zdrowy tryb życia, dajcie znać. Wszelkie sugestie i opinie mile widziane :)

 

Lubisz tu zaglądać i chcesz być na bieżąco z nowymi postami? Zacznij śledzić bloga na Bloglovin, dołącz do mnie na Facebooku lub Instagramie, a jeśli chcesz mieć dostęp do unikatowej treści, zapisz się do Kameralnego Newslettera :)

Jeśli podobał Ci się wpis, proszę udostępnij go dalej. Dziękuję! :)




Podobne wpisy

68 komentarzy

Kasia D. 2 stycznia 2015 - 20:45

Powodzenia! :)

Ps. Chyba sobie kupię tą książkę :)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 20:47

A czytałaś „Zamień chemię na jedzenie” Julity Bator?

Odpowiedz
Kasia D. 2 stycznia 2015 - 20:52

No jeszcze nie, a w sumie nie raz już słyszałam, że fajna.
Hm… to myślisz która lepsza na początek?

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:08

Zdecydowanie „Zamień chemię na jedzenie”, zawiera więcej konkretów. To dobra baza do tematu zdrowego odżywiania.

Odpowiedz
Malwina 2 stycznia 2015 - 20:49

Powodzenia!

Odpowiedz
Kamila 2 stycznia 2015 - 20:51

Postawiłaś przed sobą wiele wyzwań- wierzę, że uda Ci się to osiągnąć wraz z towarzyszącą temu harmonią :)

P.S Książki Pawlikowskej jak dla mnie mimo, że ciekawe robią się wszystkie po kolei takie same.
Motywacja, motywacją ale powielane są treści, cytaty z poprzednich i zauważyłam to już kilkakrotnie!

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:10

No właśnie już obawiam się, że będzie ciężko, ale muszę coś zmienić, by poczuć się zdrowiej.

Co do książek B. Pawlikowskiej, raczej za szybko po następną nie sięgnę, choć jestem ciekawa tych przepisów na zdrowe dania, które robią się same ;)

Odpowiedz
ugotowani.tv 3 stycznia 2015 - 01:45

Jak tylko poczujesz się zdrowiej, nie będzie ciężko :) Wierzę w ciebie :)

Odpowiedz
IVONA 2 stycznia 2015 - 20:52

Bardzo ciekawią mnie efekty Twojego wyzwania, także będę wyczekiwała podsumowania. Z Instagramem jestem na bieżąco, więc fotki mnie nie ominą:)

Kiedyś miałam zryw i wytrzymałam miesiąc bez słodyczy. Na poczatku było ciężko – zwłaszcza podczas picia kawy – ale z każdym dniem chęć na słodkości malała i w zasadzie pod koniec miesiąca mogłam zupełnie się bez nich obejść. Mnóstwo naszych złych nawyków to typowe przyzwyczajenia, które dzieją się mimochodem lub kojarzą nam się z pewnymi czynnościami. Najważniejsza jest silna wola, bo pozbycie się tych nawyków to jak zerwanie z nałogiem:)

Pozdrawiam i oczywiście trzymam kciuki:)

Odpowiedz
Anna Tabak 2 stycznia 2015 - 21:10

Z własnego doświadczenia, polecam lekko zmodyfikować punkt pierwszy – dobrze jest sobie pozwolić na coś słodkiego raz w tygodniu, np. w weekend. Mnie udało się wytrwać miesiąc bez słodyczy, ale za to jaka byłam nieszczęśliwa… :) a gdy zaczęłam robić sobie „słodkie soboty”, sprawiały mi ogromną przyjemność. Nie jadłam batoników, chipsów i innych śmieciowych zapychaczy, a za to że ten dzień był taki wyczekany, pozwalałam sobie na lody w pucharku czy domowe tiramisu. Pozostałe punkty są jak najbardziej na plus, powodzenia!

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:13

Ciasto własnej roboty to też inny rodzaj słodkiego, niż sklepowe batoniki. Pewnie miód i dżem własnej roboty będą w użyciu, bo już czuję głód na słodkie.

Odpowiedz
ugotowani.tv 3 stycznia 2015 - 01:44

Zgadzam się z Anią, jeden dzień słodkości w tygodniu jest potrzebny. Ale zdrowych, domowych, nie kupnych. U mnie to działało tak, że jak sobie powiedziałam, że nie jem wcale, to miałam wrażenie, że wręcz za mną chodzą i później w gorszej chwili się dopadałam. A jak np w niedzielę zrobiłam sobie dzień słodki (kawałek ciasta czy ulubione lody) problem się rozwiązał. To taka moja mała nagroda za zdrowe odżywianie i ćwiczenia :)

Odpowiedz
Świnka 2 stycznia 2015 - 21:13

A ja lubię Pawlikowską i jej wpisy mnie motywują. Nie podzielam jej poglądów regligijnych, sama jestem katoliczką ale w zdaniach typu 'Mam ogród, ogród miliona pozytywnych myśli. I wciąż rosną nowe’ nie widzę nic złego. Na książkę 'W dżungli’ też chyba się skuszę. A wyzwanie jest fantastyczne! Jest trudne do zrealizowania (masz rację- najgorzej będzie z komputerem) ale chętnie się przylączę :) Powodzenia :)

Odpowiedz
Jola Piasta 2 stycznia 2015 - 21:15

Zawsze gdzieś mijałam książki Pawlikowskiej, widziałam je prawie cały czas, ale nigdy po nie nie sięgnęłam. W sumie sama nie wiem dlaczego, nie poczułam „chemii” między Nami i odpuściłam. Okazuje się, że miałam raczej dobre przeczucie. Staram się być ostrożnym i w miarę świadomym konsumentem, więc wnioskuję, że powyższa książka raczej nic nowego w moje życie nie wniesie. Podoba mi się bardzo Twoja recenzja, jest szczegółowa. Rzetelnie podeszłaś do przedstawienia Nam swojego szczerego zdania i naprawdę to doceniam. Trzymam kciuki za wyzwanie! Myślę, że sama zastosuję się do niektórych punktów. Organizm potrafi się pięknie odwdzięczyć za dobre traktowanie :)
PS. Statyw spisał się idealnie ;)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:18

Dzięki Jola!
PS Pamiętasz, że te zdjęcia robiłam przy użyciu statywu? Jesteś wielka!

Odpowiedz
Jola Piasta 2 stycznia 2015 - 21:19

Jestem wzrokowcem ;)

Odpowiedz
Dominika 2 stycznia 2015 - 21:17

Oj też by mi się przydało takie wyzwanie ;) W końcu będzie musiała się zabrać. Z częścią punktów, które wymieniłaś nie mam większych problemów, ale codzienne spacery czy jeden dzień bez komputera… bardzo trudne! Jeżeli chodzi o książki B. Pawlikowskiej to czytałam kilka jej podróżniczych. Bardzo dobrze je się czytało i były ciekawe, ale z jej filozofią życiową też niekoniecznie się zgadzam, a z jej nawykami żywieniowymi już w szczególności, więc tę książkę jednak sobie daruję.

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:30

Ciekawiłaby mnie książka o nawykach żywieniowych panujących w krajach, które B. Pawlikowska odwiedzała i jaki miała wpływ na jej samopoczucie i zdrowie. Nie wiem, czy o tym pisała. Zabrakło mi tutaj takich przykładów.

Odpowiedz
Dominika 2 stycznia 2015 - 21:36

W każdej książce coś tam wspomina o odżywianiu. Ale nie kojarzę, żeby to było coś dłuższego lub opisującego obce kultury (kulinarnie). Zapadło mi w pamięć tylko jedno – w którejś książce pisała, że jada tylko wtedy kiedy czuje głód. Nigdy nie je o wyznaczonych porach, tylko dlatego, że nadeszła pora posiłku, a tylko wtedy gdy jest na prawdę głodna. Nie wiem czy to dobre podejście czy nie. Kiedyś się nad tym zastanawiałam, ale chyba mam zbyt „poukładany” harmonogram dnia, żeby nie jest o wyznaczonych porach…

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:38

Mnie zawsze powtarzano, gdy byłam jeszcze sportowcem, żeby jeść o w miarę stałych porach dnia. Na pewno nie można pić wtedy, gdy czuje się pragnienie, bo ono oznacza, że już doszło do odwodnienia.

Odpowiedz
Ewa TK 2 stycznia 2015 - 21:24

ciekawe wyzwanie-chyba sama je przed sobą postawię, zwłaszcza ostatni punkt.(ciężko) słodycze im też muszę powiedzieć dość oraz kawie-tej piję zdecydowanie za dużo. Trzymam za Ciebie kciuki i życz wytrwałości. Pozdrawiam.

Odpowiedz
Monika Gabas 2 stycznia 2015 - 21:28

Napisałaś o piciu wody, więc pozostaje mi tylko podkreślić znaczenie tego punktu w obliczu wszystkich pozostałych. Ten eksperyment zaaowocuje znacznie wyższym niż dotychczas spożyciem błonnika (kasze, produkty bazujące na pełnoziarnistej mące, warzywa, owsiane przekąski). Błonnik składa się z dwóch frakcji: rozpuszczalnej i nierozpuszczalnej w wodzie. Żeby uniknąć efekty odwrotnego do zamierzonego – czyli wręcz wzdęć, uczucia ociężałości, „pełnego brzucha”, Błonnik chłonie wodę jak gąbka :). Jeśli dostarczamy jej wystarczająco dużo – wszystko super, wówczas błonnik usprawnia pracę przewodu pokarmowego, jednak jeśli zabraknie mu wody to błonnik będzie jej szukał i podkradał z miejsc, w których jest potrzebna (np. w jelicie grubym do formowania masy kałowej), co w efekcie prowadzi do (często bardzo silnych) zaparć i ogólnie mało przyjemnych doznań związanych z zaburzeniami pracy przewodu pokarmowego :). Także płynów pij co najmniej 2 litry dziennie przy takiej wysokobłonnikowej diecie. Celowo piszę płynów, bo skoro wymieniłaś wodę, zieloną herbatę i kawę zbożową to nie grozi Ci odwodnienie powodowane piciem kawy czy czarnej herbaty – przyjęło się, że wówczas należy pić dodatkowo dwukrotnie większą obiętość wody niż wypiło się kawy/herbaty.

Trzymam kciuki za postępy, będę się bacznie przyglądać i inspirować :)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:34

Ja to chyba powinnam się wcześniej z Tobą skonsultować! Dzięki za rady, wody piję zdecydowanie za mało, będę się stosowała do zalecenia! :)

Odpowiedz
Monika Gabas 2 stycznia 2015 - 21:41

Jeśli będziesz miała jakieś wątpliwości czy pytania to smaruj do mnie maila zbiorczego, odpowiem w wolniejszej chwili :)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:56

Roger that! Dziękuję, chętnie skorzystam :*

Odpowiedz
Ewa 2 stycznia 2015 - 21:36

A ja przyznam, że bardzo mnie zaskoczyłaś. O ile książek Pawlikowskiej do psychologicznych za nic w świecie bym nie zaliczyła, o tyle pierwszy raz spotykam się z takim podejściem do psychologii jako nauki.

Komentarz trochę nie na temat wpisu, ale… daj człowiekowi młotek, a wszędzie będzie widział gwoździe. ;) Nie czuj się wywołana do bronienia swoich racji, nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać. Piszę o tym tylko dlatego, że sama o tym wspomniałaś w tekście, a dla mnie to akurat bardzo ważna dziedzina nauki. :)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 2 stycznia 2015 - 21:55

Wiesz ja nie kwestionuję psychologii jako nauki, mówię tylko, że ja po książki psychologiczne nie sięgam. Miałam do czynienia z psychologiem sportowym, sama kiedyś czytałam książki psychologiczne (np. „Potęga podświadomości”) i interesowałam się psychologią, nawet myślałam nad takim kierunkiem studiów. Ale w pewnym momencie zauważyłam, że przywiązuję zbyt dużą wagę do myśli i ich sprawczej mocy, a dla osoby wierzącej tę sprawczą moc powinien mieć tylko Bóg.
Podobnie podchodzę do tematu wszelkich filozofii wschodu, reiki, ajurwedy, buddyzmu, feng szui, a nawet jogi.

Odpowiedz
Killerka(www.stazmalzenski.pl) 2 stycznia 2015 - 22:10

Mam podobnie „Potęga podświadomości” zastała przeze mnie pochłonięta, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że nei można tylko tak żyć i psychologia mnie nie interesuje, nie lubie wręcz takich wywodów….

Odpowiedz
Ewa 2 stycznia 2015 - 23:05

Z tego, co kojarzę, „Potęga podświadomości” to także nie jest psychologia w wydaniu naukowym. Aczkolwiek tutaj raczej winny jest marketing, bo – nie wiedzieć czemu – takie książki w księgarniach znajdziemy właśnie pod hasłem „psychologia”. Wszystko wrzuca się do jednego worka, a potem dziwne, że ludzie pukają się w głowę słysząc o psychologii (zresztą z marketingiem jest tylko trochę lepiej;).

A przez to czasami sama wstydzę się stać przed taką półką w sklepie. ;)

Odpowiedz
Iwona 2 stycznia 2015 - 22:26

Ambitnie podeszłaś do tematu. Ja na razie nie mam odwagi do tak radykalnych zmian stylu życia.

Odpowiedz
Gosia Zimniak 2 stycznia 2015 - 22:44

O, patrząc na punkty Twojego wyzwania stwierdzam, że z moimi nawykami nie jest tak źle ;) Tylko kawy nie byłabym w stanie sobie odmówić :)
Życzę powodzenia!

Odpowiedz
lifemaniaczka 2 stycznia 2015 - 22:54

Wszystkie zasady są godne zastosowania. Jeśli chodzi o aktywność fizyczną to osobiście najczęściej korzystam z treningu Ewy Chodakowskiej i u mnie się sprawdza, więc polecam zwłaszcza Skalpel Wyzwanie:)) Mam jednak zamiar kupić najnowszą płytę Secret z ćwiczeniami jogi. Jaką najczęściej aktywność fizyczną wykonujecie i możecie polecić?

Odpowiedz
napiecyku 2 stycznia 2015 - 22:58

Mam podobnie jak Ty, piszę z laptopem na kolanach, kiedy siedzę przy biurku boli mnie kark. Na szczęście mam sąsiadkę, z którą trzy razy w tygodniu uprawiam przez godzinę nordic-walking (świetny sport). Z odżywianiem gorzej, ale stopniowo usuwam mąkę pszenną z menu, na korzyść maki orkiszowej i pełnoziarnistej. Piję ziołowe herbatki, niestety dwa litry wody dziennie to dla mnie ciągle kosmos.
Zastanawiam się, czy nie można połączyć wiary w Boga z wiarą w to, że dobro wraca, Pawlikowska często powtarza w swoich książkach to, że pozytywne myślenie = pozytywne życie i że dobre uczynki wracają…ale to raczej pytanie nie na tak późną porę. Czytam książki podróżnicze pani Beaty i bardzo je cenię, ale masz rację, że książki zawierają wiele powtórzeń :)
Życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku :)

Odpowiedz
justekmakemesmile 3 stycznia 2015 - 00:52

Czytam punkty Twojego wyzwania i czuję jakbym zaglądała w głąb siebie…W Nowym Roku również postawiłam na aktywnośc fizyczną i to mocno nieprawdopodobne, ale dzisiaj jestem już po pierwszym od dawna treningu fizycznym. Ręce bolą mnie tak, że jutro chyba chleba nie ukroję, kondycja zerowa, ale jestem tak zmotywowana, że aż w dupsko balsam wyszczuplający wtarłam. Żyć nie umierać! Trzymam za Ciebie mocno kicuki i mam nadzieję, że niebawem przeczytamy u Ciebie materiał „jak ruch zmienił moje życie”:) Pozdrawiam!

Odpowiedz
Ola (Pani Swojego Czasu) 3 stycznia 2015 - 01:00

Przeczytałam z uwagą Twoją recenzję i myślę, że nie pokusiłabym się o przeczytanie tek książki – pewnie rzuciłabym nią o ścianę. Bardzo nie lubię, modnego ostatnio, trąbienia o chemicznie przetworzonej żywności. Mam wrażenie, że wszyscy, którzy tak mówią i piszą nigdy nie uczestniczyli w lekcjach chemii i nie dowiedzieli się, że gotowanie jest procesem chemicznym! Tak więc gotowana woda jest przetworzona chemicznie czy tego chcemy czy nie :)
A co do Twoich postanowień to do ciasteczek owsianych możesz dorzucić sobie kosteczkę czekolady gorzkiej dziennie. Jest zdrowa i mało kaloryczna!
Odkąd mój 5 letni syn zachorował na cukrzycę to jemy 90% mniej cukru (mam na myśli nie tylko słodycze, ale także wszystkie węglowodany proste) i wyszło nam to wszystkim na zdrowie!

Odpowiedz
Dorota Zalepa 3 stycznia 2015 - 10:44

To samo mówiłam mężowi, gdy czytałam zdania o chemicznie przetworzonej żywności. Jest to jednak skrót myślowy tak popularny, że już chyba mało kto przywiązuje do niego wagę.

Tak, gorzka czekolada zawierająca 90% kakao już od dawna jest na półce ze słodyczami, rzadko po nią sięgam ze względu na jej smak, ale mam zamiar się do niej przekonać. Dziękuję za Twoje rady!

Odpowiedz
Ola (Pani Swojego Czasu) 3 stycznia 2015 - 12:05

Odkąd nasz Jaś ma cukrzycę to gorzka czekolada jest stałym elementem w naszym repertuarze słodyczy. Początkowo jej nie znosiłam i wolałam nie zjeść nic słodkiego niż czekoladę 90%. Ale teraz po kilku miesiącach – niebo w gębie!

Odpowiedz
ugotowani.tv 3 stycznia 2015 - 02:20

Nie martw się o naleśniki. Bez pszenicy też są pyszne. I bez mleka, i bez jajek :)

Odpowiedz
Dorota Zalepa 3 stycznia 2015 - 10:35

Właśnie zamierzam takie zrobić z mąki razowej, jeszcze nigdy nie jadłam i mam nadzieję, że wyjdą smaczne :)

Odpowiedz
ugotowani.tv 3 stycznia 2015 - 23:24

Z razowej nie robiłam, ale pokochałam te z gryczanej. Z masłem orzechowym i bananem zamiast jajka. Polecam spróbować.

Odpowiedz
Healthy Maniacs 22 stycznia 2015 - 15:33

naleśniki z mąki gryczanej wychodzą idealne, ale jest tyle możliwości- naleśniki orkiszowe, z mąki z amarantusu, kukurydziane i tak dalej i dalej :)

Odpowiedz
Część Mnie 3 stycznia 2015 - 04:15

I ja muszę pomyśleć o sobie i swoim zdrowiu w Nowym Roku :)

Odpowiedz
Natalia Tw 3 stycznia 2015 - 06:45

I ja powinnam wprowadzić chociaż część Twoich postanowień zdrowotnych. Wyszłoby mi tylko na zdrowie.

Odpowiedz
Kasia 3 stycznia 2015 - 08:42

Trzymam kciuki! Wytrwałości!

Odpowiedz
Dorota Zalepa 3 stycznia 2015 - 10:50

Ten motywacyjny charakter książki jest jej atutem. Na mnie też zadziałała, skoro podjęłam się takiego wyzwania :) Dziękuję za polecenie i informację o książce „Moje zdrowe przepisy”. Bo przecież zdrowe odżywianie ma być proste i szybkie, inaczej nikt nie będzie chciał zmieniać swojego stylu życia. Zerknę do tej książki przy następnej wizycie w księgarni. Wyszła też nowa książka Julity Bator „Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy”, której jestem bardzo ciekawa.

Odpowiedz
Justyna Justa 5 stycznia 2015 - 23:24

Dostalam na swieta nowa ksiazke Julity Bator i wlasnie testuje niektore przepisy :) Moja uwage zwrocily np. buleczki orkiszowe. Zdarzaja sie niestety tzw. zapelniacze stron, ale dopiero przegladnelam ta ksiazke i siegnelam do kilku przepisow. Zobaczymy co bedzie dalej :)

Odpowiedz
Sonrisa 3 stycznia 2015 - 10:52

Czytałam. I mnie też zmotywowała. Choć powtarzanie tego samego bez końca… no cóż, tez czułam się jak dziecko. Z drugiej strony to trochę taka konsekwencja autorki i tego, co pisała o podświadomości (że jak się dużo razy powtarza, to się utrwala). Prawda jest taka, że ta książka to wstęp do kolejnych. trafnie zauważyłaś, ze buisness is buisness… Mam na półce dwie kolejne z serii. Czekają na przeczytanie. W drugim tomie jest dużo przepisów. Fajne przepisy sa też w małej książeczce tej autorki „Na zdrowie”. Tam kilkanaście prostych i zdrowych dań. bez mleka, bez mięsa, gotowanych według zasad kuchni Pieciu Przemian. Wypróbowałam. I troszkę udoskonaliłam. Znaczy dodałam swoje przyprawy, bo te zaproponowane przez pawlikowską wydały mi się mdłe….
Co do Twojego wyzwania – trzymam kciuki. mam podobne cele, choć ja nie jadam mięsa a nabiał chcę ograniczyć. Od czasu, gdy odstawiłam mięcho po prostu czuję się lepiej. A jak czasem zdarzy mi się coś tam jednak skubnąć, no cóż, sensacje żołądkowe gwarantowane. No i wiem już, że bez produktów odzwierzęcych da się żyć, być zdrowym, uprawać wyczynowe i wytrzymałościowe sporty… I odnosić sukcesy. Tu jednak każdy decyduje samemu…

Odpowiedz
Dorota Zalepa 3 stycznia 2015 - 11:45

Jestem ciekawa, czy rzeczywiście dietetycy uważają, że powinniśmy ograniczyć lub zupełnie zrezygnować z produktów odzwierzęcych – mięsa, mleka, jajek. Ja jem bardzo mało mięsa, bo go nie lubię, sięgam po najchudsze mięso i wędliny, ale produkty nabiałowe lubię bardzo i nie chciałabym z nich rezygnować. Myślę, że jeśli odstawimy żywność nafaszerowaną chemią, to już będzie ogromny krok w kierunku zdrowia.

Odpowiedz
Healthy Maniacs 22 stycznia 2015 - 15:29

Pozwolę sobie podzielić się wiedzą- chemia to jedno a działanie pewnych produktów i zawartych w nich składników na organizm to drugie. W przypadku ograniczeń odnośnie wymienionych produktów musimy pamiętać o tym, że działają one zakwaszająco na organizm stąd zalecenia i potrzeba ograniczania takich produktów a przynajmniej zwiększenia podaży produktów mających działanie alkalizujące (warzywa,owoce,kasza itp)

Odpowiedz
Beata Redzimska 3 stycznia 2015 - 12:13

DoROTA mi tez blogowanie odbilo sie na zdrowiu. Moje postanowienie noworoczne to kuchnia pelna witalnosci i mniej blogowania. Pozdrawiam serdecznie beata

Odpowiedz
Karola Franieczek | Życie Me 3 stycznia 2015 - 12:20

W moim przypadku również rezygnacja ze słodyczy stanowi największe wyzwanie. Chociaż muszę przyznać, że od jakiegoś czasu jest lepiej, bo już się tak na nie nie rzucam. Ba, nawet potrafią przetrwać nieruszane w szafce. ;) Na moje szczęście uwielbiam zieloną herbatę, kawę zbożową, wodę popijam cały czas. Jeszcze jakbym tak wyłączyła większość produktów pszennych to by było super. Wszystko przede mną. Też się przymierzam do naleśników z mąki razowej, zobaczymy, czy mi zasmakują. :)

Odpowiedz
Katarzyna Skalska 3 stycznia 2015 - 12:22

przez całe liceum byłam wegetarianką, miałam idealne wyniki badań, mimo, że nie spożywałam mięsa, nic się ze mną złego nie działo… 2, 3 lata temu, kiedy ponownie wróciłam do sportu, zaczęłam czuć się osłabiona, dietetyk wtedy, przeglądając moje wyniki badań, zaproponował bym spróbowała przekonać się do mięsa, 3 lata później… uwielbiam krwawe steki;) i nie wstydzę się tego. uważam, że dieta najlepsza dla nas zależy od bardzo wielu czynników, znam mnóstwo wegan, wegetarian, których zdrowie i wyniki poprawiły się odkąd przeszli na taką dietę, ćwiczą, są aktywne i czują się wspaniale, znam też osoby, których organizm niestety się buntował przy próbach odstawienia mięsa… uważam, że będąc weganem, czy też nie, da się żyć zdrowo, po prostu trzeba uważać, na składy, pochodzenie żywności. i tyle. obecnie sama nie wróciłabym do wegetarianizmu, choć, czasem jestem ciekawa, jak to by było gdybym teraz do niego wróciła, albo poszła o krok dalej i została weganką? może kiedyś się zdecyduję, a może już nie. dieta to coś, co zdecydowanie wymaga przyjrzenia się i konsultacji ze specjalistą… nie lubię książek, które są ogólnikowo pisane i pokazują jedną stronę medalu, bo uważam, że ilu ludzi, tyle różnych reakcji organizmu na zmianę diety, i myślę, że to szalone, jeśli ktoś po przeczytaniu książki stwierdza- biorę się za to sam, wywalam wszystko co złe… jestem za tym, by więcej ludzi pytało o dietę swoich lekarzy, udawało się do dietetyków. Podoba mi się Twoje wyzwanie, bo jest takie z głową, powoli, małymi zmianami, w stronę lepszego zdrowia. A naleśniki z mąki razowej są jeszcze smaczniejsze;) Powodzenia w wyzwaniu! będę trzymać kciuki!

Odpowiedz
Dorota Zalepa 3 stycznia 2015 - 16:55

Miałam dokładnie te samy rady od dietetyków i lekarzy odnośnie mięsa, gdy trenowałam, Dlatego nie chcę go wykluczyć ze swojej diety, tym bardziej, że i tak jem jego bardzo mało. Masz rację, trzeba obserwować własny organizm, ja po niektórych posiłkach czuję się ociężała, po zjedzeniu naleśników z mąki pszennej (moich ulubionych z resztą) jestem osłabiona. Konsultacja z dobrym dietetykiem jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Odpowiedz
Mufka 3 stycznia 2015 - 12:30

Smartfon to chyba największe zło, jakie wpadło mi w łapki, bo o ile komputera można po prostu nie włączać, to telefon nosisz przy sobie cały czas. I cały czas sprawdzasz Facebooka albo wyszukujesz głupoty. Paskudny nawyk podczas oglądania telewizji, a nawet (sic!) jedzenia. Co do podświadomości i psychiki, to chyba po raz pierwszy się z Tobą nie zgodzę. Nie jestem zbyt wierzącą osobą, ale uważam, że życie w zgodzie ze swoją psychiką i wsłuchiwanie się w swoje wewnętrzne potrzeby może mieć zbawienny wpływ na samopoczucie. Czasem nie zdajemy sobie sprawy z problemów jakie nas dręczą lub nie jesteśmy w stanie określić naszych niepokojów. Nie wiem, co bardziej pomoże nam siebie zrozumieć, modlitwa czy dogłębna analiza? Ważne jest rozumienie swojej sfery duchowej i to nie tylko tej religijnej, ale również tej, która siedzi w głowie. Czasem człowiek zdaje się być skołowany i nie daje sobie rady, a jego problemy umie uleczyć tylko ten, kto wniknie w jego psychikę. Ten, kto się na tym zna. Sama byłam w podobnej sytuacji i wiem o czym mówię. Rozumienie i akceptacja siebie pod kątem fizycznym i psychicznym do skarb.

Odpowiedz
Małgosia 3 stycznia 2015 - 15:34

Też nie przepadam za pseudopsychologia uprawianą przez wielu, w tym niektóre pozycje Pani Pawlikowskiej równiez pretendują do tego miana. Niemniej nie łączylabym takiej podwórkowej psychologii, poradników typu „siła Twojej podświadomości” z psychologią, ktorą ma pomagać ludziom. Z psychologią, popartą badaniami, mającą na celu pomoc ludziom skrzywdzonych przez życie, doświadczonych przez różne wydarzenia. Co więcej myślę, ze psychologia nie jest w sprzeczności z religią katolicką, bo rowniez mi spowiednik sugerował terapię.

Odpowiedz
Dorota Zalepa 3 stycznia 2015 - 17:22

Małgosia, oczywiście nie neguję nauki psychologii, ale ponieważ jej nie studiowałam, nie wiem, czy pozycja „Potęga podświadomości” Murphy’ego jest pozycją pseudo-psychologiczną, czy też nie. Podchodzę do tematu bardzo ostrożnie, bo można zrobić sobie więcej krzywdy niż pożytku. Nie param się psychologią na własną rękę. Oczywiście nie jest ona w sprzeczności z wiarą katolicką, znam księdza, który jest doktorem psychologii. Ale znam też panią psycholog, która zaszczepia swoim pacjentom zasady feng-shui.Trzeba pamiętać gdzie leży granica, pomiędzy psychologią a wiarą.

Odpowiedz
Kasia 3 stycznia 2015 - 21:55

Miło słyszeć, że jednak ktoś czyta Pismo Święte. Uważam, że to najpiękniejsza opowieść o miłości. Choć bardzo lubię panią Pawlikowską za jej podróżnicze książki i te do nauki języka nie przemawiają do mnie jej ćwiczenia i medytacje, które zaleca w swoich innych książkach. Nazwałabym to raczej NLP, które stoi w opozycji do naukowo potwierdzalnej psychologii.
Ja również zamierzam zacząć wreszcie o siebie dbać i stworzyć dobre żywieniowe nawyki. Pozdrawiam i życzę powoodzenia!

Odpowiedz
Karolina Żylonis 4 stycznia 2015 - 08:42

Ja osobiście bardzo lubię książki p. Beaty z serii podróżniczych (dla mnie jest to podstawowa dziedzina w jakiej pisze ) ale i te o podświadomości choć z częścią Jej poglądów się nie zgadzam. Przez lata podróżowania po świecie ma troszkę inne spojrzenie na żywienie niż przeciętny europejczyk i czasem ciężko jest nam zrozumieć Jej poglądy w tej kwestii.
Osobiści z racji problemów zdrowotnych wywaliłam chemię z jedzenia i znacznie lepiej się czuje jedząc tylko zdrowe i nie przetworzone produkty oraz nie pijąc kofeiny.
3mam kciuki za wyzwanie :)

Odpowiedz
Chettys 4 stycznia 2015 - 21:32

Widzę, że nie tylko mi twórczość Pani Beaty nieodowiada. Osoba, która zwiedziła pół świata wydawać by się mogło, że posiada szeroką wiedzą. Jednak tak nie jest. Powtórzenie, które stosuje są bardzo męczące podczas lektury. Zgadzam się z Tobą co do spędzania czasu przed komputerem, będąc cały czas on-line nasz ruch jest prawie zerowy. Czasami wyłączam kompa, mówię dość i odchodzę:) Pozdrawiam

Odpowiedz
Ania Legenza 9 stycznia 2015 - 15:13

Ja też zaczynam odczuwać niedobre skutki blogowania, m.in. pogorszenie widzenia. A i do wyzwania zdrowotnego dołączę, bo zaczęłam zwracać większą uwagę na to, co ląduje na moim talerzu.

A do książki nie raczej nie zajrzę, bo jednak Zamień chemię na jedzenie bardzo dużo poukładała mi w głowie.

Odpowiedz
Girl Of The Forest 14 lutego 2015 - 23:17

Skoro bóg jest stworzycielem i wszystko pochodzi od boga, to jakim cudem potęga podświadomości może nie pochodzić od niego?

Odpowiedz
Świeczek 21 lutego 2015 - 17:09

Wiesz, to moje drugie podejście do Twojego bloga. Wrzucić do czytnika czy nie wrzuciś, oto jest pytanie. Aż trafiłam na ten gragment: „Jeśli coś mnie trapi, sięgam (wciąż za rzadko) po Pismo Święte”. I kupiłaś mnie bez reszty <3

Z uwagami na temat psychologii też się zgadzam ;)

Odpowiedz
Dominika 14 kwietnia 2015 - 21:32

Czytałam Zdrowe Przepisy, ogólnie książka nie zachwyciła mnie, a przykłady dań nie skradły moich kubków smakowych… No i tak jak w tej książce, zbyt dużo w niej było powtórzeń i pisania o rzeczach oczywistych.

Odpowiedz
Uczę się francuskiego 26 kwietnia 2015 - 22:12

Przeczytałam już podsumowanie wyzwania :) A dlaczego trzeba jeść więcej kaszy i ryżu, ziemniaki nie są zdrowe? Słyszałam, że to jedno z warzyw o największej zawartości witaminy C… I już nie wiem :)

Odpowiedz
Moje Wichrowe Wzgórze 28 maja 2015 - 11:10

Ja przeczytałam wszystkie książki z tej serii i powiem tak, moim skromnym zdaniem te powtórzenia, które i mnie początkowo irytowały, są zamierzone i mają wywołać efekt prania mózgu. Ta sama metoda pojawia się m.in. w książce Allena Carr’a o rzucaniu palenia. I powiem jedno, jeśli damy się ponieść temu, to po przeczytaniu całej serii, człowiek pozostaje z przekonaniem, że to jedyna i słuszna droga. Moim zdaniem w tym przypadku to nic złego, bo przecież autorka, jak sądzę, chce wywrzeć mocno pozytywny wpływ na czytelnika. Nie są to pozycje szkodzące komukolwiek czymkolwiek :) pozdrawiam!

Odpowiedz
Marta 17 października 2015 - 15:52

Mam dokładnie takie samo zdanie na temat lektur dotyczących podświadomości, ale tę przeczytałam właśnie w tym tygodniu. Uczucia mam mieszane bardzo… Czasem myślę, że nie powinnam czytać książek ustawiających poprzeczkę zbyt wysoko, typu Dominique Loreau ;-) Czuję się po nich zmiażdżona wręcz, bo mam dwoje małych dzieci i nie jestem w stanie, choćbym na rzęsach stawała, utrzymać w mieszkaniu nieskazitelnego porządku. Nie jestem w stanie spać tyle ile potrzebuję, wtedy kiedy potrzebuję. Na Boga, te kobiety nie mają dzieci, nikt nie burzy im nieskazitelnego ładu, nikt nie plami ubrań, całą pensję mogą wydawać na organiczne bakalie. Niby o tym wiem, a jednocześnie nie potrafię się pogodzić, że u mnie teraz jest inaczej. W każdym razie duży plus dla autorki za przypomnienie podstaw. Też widzę, że lekarze w ogóle nie odwołują się do sposobu odżywiania jako podstawy zdrowia i sami żyją wyniszczająco. Tylko czy mogą inaczej… A jak u Ciebie ze szklanymi garnkami? :P Zdecydowanie lepsza dla mnie będzie J. Bator, ciągle poluję na jej książkę, chyba siostra ma :-) A teraz to już bardzo chcę przeczytać i trochę się otrzeźwić…

Odpowiedz
Anna Brandys 16 stycznia 2016 - 01:13

hej Kameralna! Widziałam Cię ostatnio na YT w babinarium „Jak blogować po talent” a teraz tu. Zadziwiło mnie Twoje podejście do życia-zdrowe odżywianie, konkrety i Bóg-wow! Kochana czuję, że mamy sporo wspólnego, Twoje wartości są mi bliskie-tak poczułam po przeczytaniu Twojego posta. Nie powiem, że do końca się z Twoimi opiniami zgodzę. Czytałam obie pozycje-Julitę Bator i Pawlikowską. Ba, nawet recenzowałam tutaj http://farablogerka.blogspot.com/2016/01/moje-ksiazkowe-inspiracje-2015-i-krotki.html
(sorry za linka ale zbieżność pozycji mnie zaskoczyła bardzo pozytywnie, będę częściej do Ciebie zaglądać) Na mnie Julita Bator zrobiła bardzo dobre wrażenie, to była moja pierwsza tego typu książka no i od razu-kompedium konkretu. Jeśli chodzi o Pawlikowską-uważam, że ma mądre przemyślenia i podaje je w bardzo przystępny sposób. Pisze tak, żeby się nie znudzić i nie zmęczyć. Dla Ciebie za prosto, a dla mnie super-tutaj nie oczekiwałam detali. Zaraz sprezentowałam książkę Mamie, bo byłam pewna, że jest na tyle przystępna, że zechce choć częściowo ją przeczytać. I nie myliłam się. Zresztą-ja akurat pałam entuzjazmem do Pawlikowskiej-wprowadza mnie swoimi opowieściami w swoją bajkową krainę życia. Choć uważam, że aby kochać wyprawy do puszczy amazońskiej trzeba być świrem-w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Pewnie jeszcze nie raz wymienimy jeszcze opinie.
Pozdrawiam serdecznie! :)
Ania Brandys

Odpowiedz

Zostaw komentarz